czerwiec

Tomasz – wątpiący i odważny apostoł

Tomasz, zwany Didymos, co znaczy „bliźniak”, należał do ścisłego grona dwunastu apostołów. Ewangelie ukazują go jako człowieka pełnego kontrastów, zarówno odważnego, jak i rozdartego wątpliwościami[1]. Jego imię po raz pierwszy pojawia się w kontekście wydarzeń opisanych w Ewangelii św. Jana, kiedy Jezus postanawia wrócić do Judei po wieści o śmierci Łazarza. Podczas gdy inni uczniowie obawiają się, że powrót może oznaczać śmierć, Tomasz wykazuje niezwykłą gotowość do poświęcenia, mówiąc: „Chodźmy i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Słowa te ukazują go jako apostoła zdecydowanego i oddanego swojemu Mistrzowi. Jego postać pojawia się ponownie w wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy w odpowiedzi na słowa Jezusa: „Znacie drogę, dokąd Ja idę” (J 14,4), Tomasz szczerze wyznaje: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). To stwierdzenie prowokuje jedną z najważniejszych odpowiedzi Jezusa: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14,6).

Najbardziej znany epizod związany z apostołem Tomaszem ma miejsce osiem dni po zmartwychwstaniu Chrystusa. Nieobecny przy pierwszym ukazaniu się Jezusa uczniom, Tomasz z niedowierzaniem reaguje na ich relacje. Wypowiada słowa, które przyniosły mu przydomek „niewiernego Tomasza”: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” (J 20,25). Kiedy Jezus ponownie ukazuje się apostołom, Tomasz zostaje wezwany do dotknięcia ran Zbawiciela, po czym wyznaje: „Pan mój i Bóg mój!” (J 20,28). To wyznanie stanowi jedno z najdonioślejszych w całym Nowym Testamencie, ponieważ podkreśla Boską naturę Jezusa.

„Ostatnia wzmianka o Tomaszu znajduje się w czwartej Ewangelii, przedstawiającej go jako świadka Zmartwychwstałego w późniejszym epizodzie cudownego połowu ryb w Jeziorze Tyberiadzkim (por. J 21,2). Przy tej okazji wymieniony jest nawet zaraz po Szymonie Piotrze: jest to oczywisty znak, że Tomasz odgrywał znaczną rolę w środowisku pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Istotnie, jego imieniem zostały później opatrzone Dzieje i Ewangelia Tomasza, obydwa teksty apokryficzne, ale w każdym razie ważne dla badania początków chrześcijaństwa […]. Zgodnie ze starożytną tradycją, Tomasz najpierw głosił Ewangelię w Syrii i Persji (tak twierdzi Orygenes, cytowany przez Euzebiusza z Cezarei), a następnie udał się aż do zachodnich Indii” (Benedykt XVI). Kościół malabarski w Indiach do dziś uznaje go za swojego założyciela i patrona. Postać Tomasza apostoła stanowi ciekawy przykład drogi wiary – od zwątpienia do pełnego miłości zaufania. Jego historia pokazuje, że chrześcijaństwo nie boi się pytań i wątpliwości, lecz zaprasza do poszukiwania prawdy, prowadzącej do głębszej relacji z Chrystusem.

Odwaga stawiania pytań i poszukiwania prawdy

Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy mówi do uczniów: „Znacie drogę, dokąd Ja idę” (J 14,4). Wówczas Tomasz, z całą swoją szczerością stwierdza: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). Tomasz, stawia pytanie, które być może kiełkowało w sercach innych uczniów, ale tylko on odważył się je głośno wypowiedzieć. Apostołowie są pełni lęku i niepewności, ponieważ Jezus zapowiada swoje odejście. To, co przeżywają, jest czymś więcej niż tylko smutkiem rozstania. Jest to egzystencjalny strach, który rodzi się w każdym człowieku wobec tajemnicy naszego ostatecznego spełnienia i możliwości życia po śmierci. Lęk ten ma głębokie zakorzenienie w ludzkiej kondycji zarówno w wymiarze duchowym, jak i psychologicznym. Święty Augustyn był przekonany, że człowiek nosi w sobie nieustanną tęsknotę za Bogiem, która nie pozwala mu zaznać pełnego spokoju na ziemi: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Ta tęsknota jest jednocześnie źródłem nadziei i lęku – nadziei na wieczne zjednoczenie z Bogiem, ale i lęku przed możliwością jego utraty. Viktor Frankl, twierdzi, że konfrontacja z pytaniem o sens życia i śmierci może być zarówno źródłem cierpienia, jak i motorem duchowego rozwoju. Lęk przed śmiercią jest często lękiem przed niespełnionym życiem, że nasze istnienie mogłoby okazać się bezowocne.

Jezus, zwracając się do uczniów, nie obiecuje im pełnej wiedzy o przyszłości, ale daje im coś znacznie większego – zaproszenie do ufności. Jego słowa: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14,1) są wezwaniem do zawierzenia Temu, który zwycięsko przeszedł przez bramę śmierci i otworzył dla nas drogę do Ojca. W tym świetle egzystencjalny lęk przestaje być przeszkodą, a staje się przestrzenią, w której rodzi się wiara, nadzieja i miłość.

Podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus mówi do uczniów o swoim odejściu jako drodze, którą mają znać, chociaż nie dostali żadnej mapy. Tomasz pragnie jasnej instrukcji, czegoś, na czym mógłby się oprzeć. Może podświadomie czuje, że nadchodzi coś trudnego, nieuchronnego, że Mistrz zapowiada to, co wymyka się ludzkiemu rozumowi. Jego słowa – „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz” – są wołaniem kogoś, kto chce iść dalej, ale nie wie, w którą stronę postawić pierwszy krok. Jest to problem człowieka, który staje na rozdrożu, boi się ruszyć w nieznane, nie chce zgadywać, lecz potrzebuje pewności. Czyż nie jest to pytanie wszystkich tych, którzy czują, że grunt usuwa im się spod nóg? Jak często czujemy się jak Tomasz, pełni lęku przed tym, co niejasne, niesprecyzowane, niezrozumiałe? Oczekujemy wskazówek, jasnych drogowskazów, planu, który zagwarantuje nam bezpieczeństwo. Ale Jezus nie zostawia nas samych w tej niepewności. Przynosi pokój i zapewnienie: „Nie trwóżcie się!”. Te słowa są nie tylko pocieszeniem, ale także wezwaniem do zawierzenia. Zbawiciel nie daje łatwej odpowiedzi, nie rysuje szlaku krok po kroku, nie podaje dokładnych instrukcji. Oznajmia: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” (J 14,6). On, który zna drogę, bo sam jest Drogą, Prawdą i Życiem, prowadzi każdego, kto Mu zaufa.

Czy ta odpowiedź jest satysfakcjonująca? Dla kogoś, kto oczekuje konkretnych rozwiązań – niekoniecznie. To nie jest stwierdzenie, które rozwiewa wszelkie wątpliwości, lecz zaproszenie do relacji i zaufania. Jezus nie mówi: „Tu jest droga, idź nią”, ale mówi: „Ja jestem drogą”. Zbawiciel nie daje Tomaszowi pełnego obrazu przyszłości, ale daje mu siebie i chce mu oznajmić: „Nie musisz znać całej trasy. Wystarczy, że będziesz szedł ze Mną”. Na tym polega wiara. Nie muszę wszystkiego rozumieć, ważne bym szedł, trzymając się Bożych obietnic. Nie muszę mieć odpowiedzi na każde pytanie, ważne bym ufał, że Ten, kto prowadzi, zna drogę. Wiara jest pielgrzymką, która nigdy się nie kończy, bo zawsze można bardziej poznawać i kochać Boga. „Chrystus jest drogą, którą kroczymy, ale nie dochodzimy do końca, bo nie ma granic wędrowanie ku Bogu” (św. Grzegorz z Nyssy).

Wiara nie jest komfortowym siedzeniem w bezpiecznym miejscu, lecz podjęciem ryzyka. Jest ruchem w stronę tego, co nieznane. Jest gotowością, by postawić krok nawet wtedy, gdy nie widzi się całej ścieżki. Jest wyborem Jezusa i Jego drogi, którą „należy podążać, aby żyć w prawdzie i mieć życie w obfitości. On jest drogą, a zatem wiara w Niego nie jest «zbiorem idei», w które należy uwierzyć, ale drogą, którą należy przebyć, podróżą, którą trzeba odbyć, pielgrzymowaniem z Nim. Jest to podążanie za Jezusem, bo On jest drogą, która prowadzi do niegasnącego szczęścia. Jest to naśladowanie Go, zwłaszcza w gestach bliskości i miłosierdzia wobec innych. Oto kompas do osiągnięcia nieba: kochać Jezusa, drogę, stając się znakami Jego miłości na ziemi” (papież Franciszek).

Jezus jest prawdą, która nie ogranicza się jedynie do faktu Jego historycznego istnienia, lecz stanowi istotę Jego Osoby. Prawda jest Jego naturą, Jego światłem i Jego darem dla nas. W Jezusie odkrywamy niezmienną i doskonałą rzeczywistość, w której nie ma miejsca na iluzję czy oszustwo. Jezus jest także drogą, jedyną pewną ścieżką, którą warto podążać. Nie jest to tylko kierunek, ale sposób życia, który prowadzi do domu Ojca, gdzie czeka na nas przygotowane miejsce, jak sam powiedział: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele” (J 14,2). To droga, która nie błądzi, nie wiedzie na manowce, lecz prowadzi do pełni życia i pokoju. Jezus jest życiem, a więc źródłem, z którego czerpiemy istnienie. To w Nim „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28). On daje nam życie prawdziwe, pełne, szczęśliwe, które nie kończy się w chwili śmierci, lecz trwa wiecznie w Jego obecności. Tylko w Nim możemy doświadczyć głębokiego i autentycznego szczęścia, które nie przemija i nie ulega zniszczeniu.

Oczywiście, możemy szukać innych dróg, próbować kroczyć własnymi ścieżkami, lecz dokąd one nas zaprowadzą? Jak długo będziemy w stanie nimi podążać, zanim dostrzeżemy ich bezsens i pustkę? Droga, którą jest Jezus, ma jasny cel – niebo, wieczną radość i jedność z Ojcem. To właśnie dlatego prawda i droga prowadzą do pełni życia. Jeśli Jezus jest dla nas prawdą, jeśli idziemy Jego drogą, to autentycznie w Nim żyjemy. Wtedy stajemy się ludźmi prawdy, kroczymy we właściwym kierunku i nosimy w sobie zadatek życia wiecznego. „Ponieważ Jezus jest drogą, dlatego ten, kto w Niego wierzy, kto idzie przez życie razem z Jezusem, nie stoi w miejscu, nie jest bierny, ale działa. Jest w drodze. Rozwija się. Poznaje prawdę o sobie i świecie, poznaje prawdę o Bogu. Ktoś taki kocha siłą Bożej miłości. Przebacza dzięki Jego łasce. Podnosi siebie i innych, którzy upadają, mocą, którą otrzymuje od Boga, przyjaciela, miłośnika życia” (Z. Kijas).

Greckie słowo użyte w tym kontekście to hodos, czyli droga. Może oznaczać zarówno fizyczną ścieżkę prowadzącą do celu, jak i symbolicznie drogę życia, a w świetle Nowego Testamentu także „drogę” do zbawienia. Hodos ma więc dwa wymiary: ziemski (droga fizyczna) i duchowy (droga prowadząca do Boga). Tomasz pyta nie tylko o to, jak dostać się z punktu A do punktu B, ale o to, jak zrozumieć sens życia i podążać drogą zbawienia. To pytanie o „znajomość drogi” nie jest więc tylko pytaniem o lokalizację, ale także o głębszą, egzystencjalną pewność. Tomasz chce wiedzieć, jak może przejść przez życie, które jest pełne niepewności, realizując Boży plan. Jezus, odpowiadając na to pytanie, wprowadza nas w tajemnicę: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). To jest pełne objawienie, które nie mówi tylko o drodze, prawdzie i życiu jako ideach, ale o osobowym spotkaniu z Jezusem.

„Ja jestem” (ego eimi) to wyrażenie, które określa tożsamość Jezusa jako Syna Bożego. Jest to również przypomnienie imienia Boga, który objawił się Mojżeszowi w płonącym krzewie, mówiąc: „Jestem, który jestem” (Wj 3,14). Jezus, używając tych słów, chce powiedzieć uczniom, że On jest prawdziwym Zbawicielem i zbawieniem. Kiedy mówi, że jest „drogą”, oferuje relację, która prowadzi do Ojca. Jest to droga, która nie tylko prowadzi do celu, ale jest Osobą, której warto zaufać i z którą można iść przez życie. Greckie słowo aletheia, które Jezus używa, oznacza prawdę w sensie rzeczywistej, nieprzemijającej istoty. Nie chodzi tu o prawdę abstrakcyjną, ale o prawdę osadzoną w Osobie, która jest żywa i pełna, której nie można znaleźć w żadnym systemie filozoficznym, tylko w spotkaniu z Jezusem. Grecki termin zōē oznacza życie, które ma wymiar wieczny. Jezus nie mówi tu o życiu w sensie biologicznym, ale o życiu Bożym, które jest darem, dostępnym dla nas za cenę Jego śmierci i zmartwychwstania.

„Nie wystarczy wiedzieć, jaka jest droga, jaka jest prawda i jakie jest życie, trzeba się jeszcze samemu z tym utożsamić. Jezus nie tylko zna drogę, ale jest nią, nie tylko zna prawdę, ale jest nią, nie tylko wie, co to jest życie, ale faktycznie żyje. To, co głosi, jest w Nim; to, co przepowiada innym, tworzy Jego osobę; jest niesłychana jedność między orędziem, które przynosi, a tym, kim jest sam w sobie – i to jest bardzo ważny postulat, to jest pragnienie Jezusa w stosunku do nas. Nie wystarczy znać prawdę, trzeba się nią stać; nie wystarczy wiedzieć, gdzie się powinno pójść, tylko trzeba tą drogą iść w taki sposób, żeby się z nią utożsamić; nie wystarczy wiedzieć o życiu, tylko trzeba nim żyć – wtedy człowiek jest prawdziwy i może rzeczywiście być wiarygodny dla innych” (G. Ryś).

Tomasz swoim pytaniem otworzył przestrzeń do głębokiego objawienia Jezusa. Jego wątpliwości i chęć zrozumienia misji Mesjasza, doprowadziły do jednej z najpiękniejszych odpowiedzi w Ewangelii. Jezus nie mówi: „Znaleźć drogę to kwestia mapy”, ale zapewnia: „Ja jestem tą drogą”. Szczerość i prostolinijność Tomasza sprawiają, że my także możemy stanąć przed Jezusem z własnymi wątpliwościami, zamiast udawać, że wszystko rozumiemy. Możemy pytać oraz szukać prawdy i życia, bo Bóg nie boi się naszych wątpliwości i lęków. Może właśnie dzięki Tomaszowi uczniowie zapamiętali to zdanie Jezusa tak mocno. Może dzięki niemu my dziś możemy usłyszeć, że droga, której szukamy, to nie określony zbiór zasad, ale relacja z żywym Bogiem. Tomasz wcale nie był wątpiącym apostołem. Był odważnym uczniem, nie bojącym się trudnych pytań i dzięki temu otrzymał odpowiedź, która zmieniła świat.

Umrzeć razem z Jezusem

W rozdziale jedenastym Ewangelii św. Jana znajdujemy niezwykle wymowne zdanie wypowiedziane przez apostoła Tomasza: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Te słowa pokazują, że był on gotów podążać za swoim Mistrzem, nawet jeśli miało to oznaczać śmierć. Brzmi w nich gorliwość i entuzjazm charakterystyczny dla kogoś, kto dopiero co rozbudził w sobie pragnienie całkowitego oddania się Bogu. Wiele osób świeżo nawróconych przeżywa podobny zapał, uważają, że są w stanie poświęcić dla Chrystusa wszystko, bez względu na konsekwencje. Jednak codzienne problemy, pokusy, lęki i nieoczekiwane trudności mogą sprawić, że początkowa gorliwość zostaje wystawiona na bolesną próbę. Nie oznacza to jednak, że była bezwartościowa. Wręcz przeciwnie, wiara potrzebuje takich chwil porywu serca, bo to one stają się fundamentem dalszego duchowego wzrostu. Apostoł Tomasz, choć zmagał się z wątpliwościami, przeszedł długą drogę: od odważnego wyznania gotowości na śmierć, przez moment zwątpienia, aż po głębokie, pełne przekonania wyznanie: „Pan mój i Bóg mój” (J 20,28). Jego historia pokazuje, że wiara nie jest czymś statycznym, ale dynamiczną drogą, na której człowiek dojrzewa, uczy się i stale nawraca. Zwątpienie nie musi być przeszkodą, lecz może stać się etapem prowadzącym do jeszcze głębszego zrozumienia i ufności wobec Boga.

Słowa, które wypowiada św. Tomasz, są niezwykle głębokie i prowokujące do refleksji nad sensem towarzyszenia Chrystusowi oraz gotowości do poświęcenia swojego życia. W kontekście narracji ewangelicznej padają one w momencie, gdy Jezus postanawia wrócić do Judei, aby wskrzesić Łazarza, mimo grożącego Mu niebezpieczeństwa. Apostoł Tomasz zdaje sobie sprawę z ryzyka i wzywa uczniów do solidarności z Mistrzem, nawet jeśli miałoby to oznaczać śmierć. „Ta jego determinacja, by iść za Mistrzem, jest naprawdę przykładna i jest dla nas cenną nauką: ukazuje całkowitą gotowość przylgnięcia do Jezusa aż do utożsamienia własnego losu z Jego losem i pragnienia podzielenia z Nim najwyższej próby śmierci. Rzeczywiście, najważniejsze jest to, by nigdy nie oddalić się od Jezusa. Skądinąd Ewangelie używają słowa «pójść za» na oznaczenie, że gdzie On idzie, tam powinien pójść również Jego uczeń. Wtedy życie chrześcijańskie określane jest jako życie z Jezusem Chrystusem, życie, które spędza się razem z Nim. Święty Paweł pisze coś podobnego, kiedy zapewnia chrześcijan w Koryncie: «pozostajecie w sercach naszych na wspólną śmierć i wspólne z nami życie» (2Kor 7, 3). To co zachodzi między apostołem i grupą chrześcijan, powinno oczywiście w pierwszym rzędzie odnosić się do relacji między chrześcijanami i Jezusem: razem umrzeć, razem żyć, przebywać w Jego Sercu, tak jak On przebywa w naszym” (Benedykt XVI).

Chrześcijaństwo to nie tylko przyjęcie nauki Jezusa, ale także gotowość do uczestniczenia w Jego tajemnicy paschalnej. Jezus wielokrotnie zapowiadał swoim uczniom, że droga z Nim oznacza podjęcie krzyża: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24). Tomasz, choć później będzie miał chwile zwątpienia, w tym momencie wyraża istotę chrześcijańskiego powołania – gotowość do oddania życia razem z Chrystusem. W tym momencie Tomasz widzi śmierć Jezusa jako nieuniknioną, ale nie rozumie jeszcze, że Jego śmierć będzie ostatecznym zwycięstwem nad grzechem i śmiercią. Tomasz wyraża gotowość na męczeństwo, co jest proroctwem o przyszłej misji apostołów, którzy w końcu zrozumieją, że śmierć nie jest końcem, ale początkiem nowego życia w Chrystusie.

Uczniowie, mimo iż kilkakrotnie słyszeli od Mistrza zapowiedzi Jego męczeńskiej śmierci, wciąż nie potrafili dostrzec głębokiego sensu tych słów. Nie rozumieli, że Jego śmierć będzie ofiarą za grzechy, ani że stanowi ona nieodłączną część Bożego planu zbawienia. Śmierć Jezusa była bowiem ceną, którą należało zapłacić, by obdarzyć życiem wiecznym Łazarza i innych ludzi. Mimo tych trudności Tomasz podjął decyzję, by odważnie podążać za Jezusem, świadom ryzyka, jakie wiązało się z tą drogą. Zgodził się na wyzwanie, wiedząc, że może to oznaczać narażenie się na prześladowanie i śmierć. Jego postawa świadczy o tym, że nie tylko fizycznie, ale i duchowo związał się z Jezusem, pragnąc podążać za Nim w każdej chwili, nawet w obliczu niebezpieczeństwa. Jednak w czasie męki i ukrzyżowania Jezusa, jego wierność okazała się jedynie słowami, a nie rzeczywistą postawą. Jego deklaracje o wierności i gotowości na śmierć zostały wystawione na próbę, której nie wytrzymał.

Jakie znaczenie mają słowa św. Tomasza dla nas? Czy my również jesteśmy gotowi „razem z Nim umrzeć”? Oczywiście nie zawsze oznacza to śmierć fizyczną, ale przede wszystkim gotowość do umierania dla własnych ambicji, egoizmu, lęków i przywiązań, które oddzielają nas od pełni życia w Chrystusie. Bycie uczniem oznacza codzienne umieranie dla siebie, aby rodzić się do nowego życia w Bogu. To wezwanie do świadectwa wiary w trudnych momentach, do odwagi w obliczu przeciwności i do pełnego zaufania Bogu. Wypowiedź Tomasza Apostoła: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” jest wezwaniem do odwagi, wierności i całkowitego zaufania Chrystusowi.

Od zwątpienia do dojrzałej wiary

Tomasz nie był obecny podczas pierwszego spotkania zmartwychwstałego Jezusa z apostołami w Wieczerniku, o którym mówi Ewangelia św. Jana (J 20,19-24). W przeciwieństwie do pozostałych uczniów nie otrzymał wielkanocnych darów, a przede wszystkim Ducha Świętego, który przyniósł im pokój, przebaczenie i nową nadzieję. Jego serce pozostało wciąż zanurzone w mroku Wielkiego Piątku. Podobnie jak inni uczniowie, Tomasz pokładał w Jezusie wielkie nadzieje. Związał z Nim całe swoje życie. Jego plany i marzenia splatały się z misją Nauczyciela z Nazaretu. Jednak, gdy Jezus został ukrzyżowany, wszystko to runęło w jednej chwili, pozostawiając po sobie bolesną pustkę i dręczące pytania: jak teraz żyć? Dla kogo? Komu zaufać?

Ta wewnętrzna pustka stawała się tym bardziej dotkliwa, im większe było jego rozczarowanie. Tomasz czuł się oszukany przez samego siebie, zgorszony wspólnotą apostołów, a może i zdradzony przez Boga. Zawiódł się na Tym, którego uznawał za swojego Mistrza i najlepszego przyjaciela. Teraz bał się na nowo zaufać, nie chciał po raz kolejny przeżywać bólu rozczarowania. Jego serce, doświadczone cierpieniem i dramatem krzyża, zamknęło się w sceptycyzmie, a rozum domagał się dowodów. Nie chciał już wierzyć „na słowo”, tym razem pragnął zobaczyć, dotknąć, upewnić się, że nadzieja, której pozwolił umrzeć, naprawdę może ożyć na nowo. Dla Tomasza krzyż stał się nieprzekraczalną barierą. To on sprawił, że nie potrafił uwierzyć w życie i obietnicę zmartwychwstania. Tomasz mógł doświadczyć reakcji unikowej. Nieobecność w Wieczerniku mogła być podświadomą próbą oderwania się od wspólnoty, z którą wiązało się bolesne rozczarowanie. Być może wybrał dystans, by chronić się przed kolejnym zranieniem. Wielu ludzi, którzy doświadczają żałoby lub traumy, izoluje się, próbując nadać sens swojemu cierpieniu.

„Tomasz wykazuje się jednak odwagą. Gdy inni są zamknięci w Wieczerniku, ze strachu, on wychodzi na zewnątrz, narażając się, że ktoś może go rozpoznać, donieść na niego i aresztować. Moglibyśmy nawet pomyśleć, że dzięki swojej odwadze bardziej niż inni zasługuje na spotkanie ze zmartwychwstałym Panem. Tymczasem właśnie dlatego, że się odłączył, gdy Jezus po raz pierwszy ukazał się uczniom w wieczór wielkanocny, Tomasza tam nie było i stracił szansę, oddalił się od wspólnoty. Jak ją może odzyskać? Tylko wracając razem z innymi, wracając tam, do tej rodziny, którą opuścił przerażony i smutny. Kiedy to czyni, kiedy powraca, mówią mu, że Jezus przyszedł, ale trudno mu w to uwierzyć; chciałby zobaczyć Jego rany. I Jezus zaspakaja jego pragnienie: osiem dni później pojawia się ponownie pośród swoich uczniów i ukazuje im swoje rany, będące dowodami Jego miłości, wiecznie otwarte drogi swojego miłosierdzia” (papież Franciszek).

Tomasz zmagał się ze swoimi wątpliwościami. Jego opór wynikał z autentycznej potrzeby zrozumienia i odkrycia prawdy. Był to dramat człowieka, który w swoim sercu pragnął uwierzyć, ale nie potrafił zrobić kroku w nieznane bez namacalnego dowodu[2]. „Dzisiejszemu człowiekowi nie jest trudno rozpoznać się w postawie Tomasza, który w pewnym sensie jest prekursorem mentalności zdominowanej przez technikę, typowej dla ery przemysłowej. Dla niego liczy się to, co może zobaczyć, zważyć, zmierzyć, zanalizować, przeliczyć. Dzisiejszemu człowiekowi prawie zupełnie brakuje natomiast poznania przez kontemplację, w którym zmysły zostają zastąpione przez ciszę, uwagę, zdziwienie, miłość, intuicję, poezję. Jesteśmy świadkami przerażającego okaleczenia ludzkiego ducha, w wyniku którego człowiek nie uznaje tego, co przekracza jego naturalne zdolności. Tajemnica jest dla niego czymś obcym, jest przedmiotem podejrzeń, a nawet drwin. W ten sposób życie zubaża się i banalizuje. Człowiek, który opanowany jest pragnieniem posiadania, produkowania, konsumowania, nie potrafi odkryć prawdziwego sensu życia, ponieważ nazbyt pochłaniają go starania o poprawienie jego jakości. Ponieważ Boga nie spotykamy w probówce, komputer nic o Nim nie wie, lista płac o Nim nie wspomina, żyjemy tak, jakby Bóg nie istniał. Nie tyle zaprzeczamy istnieniu Boga, co je ignorujemy. Bóg staje się zbędny. Nie interesuje nas” (A. Pronzato).

Gdy inni apostołowie oznajmili Tomaszowi radosną nowinę: „Widzieliśmy Pana!”, on odpowiedział stanowczo: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” (J 20,25). Tomasz nie przyjmuje na ślepo świadectwa innych, ale pragnie osobiście doświadczyć prawdy zmartwychwstania. Nie zadowala się powierzchowną wiarą, ale poszukuje głębokiego, osobistego spotkania z Chrystusem.

Osiem dni później Jezus ponownie stanął pośród uczniów i zwrócił się do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!” (J 20,27). Zmartwychwstały Pan wychodzi naprzeciw wątpliwościom Tomasza oraz zaprasza go do doświadczenia swojej bliskości i miłosiernej miłości. Można by się spodziewać, że Jezus go skarci i wytknie mu brak wiary. Tymczasem Zbawiciel nie tylko przychodzi specjalnie dla niego, ale powtarza jego własne słowa, jakby chciał powiedzieć: „Tomaszu, znam twoje myśli. Znam twoje wątpliwości. Wiem, co teraz czujesz. I przychodzę nie po to, by cię ukarać, ale by cię spotkać dokładnie tam, gdzie jesteś”. Jezus nie mówi Tomaszowi: „Zmień myślenie, opamiętaj się, jak mogłeś zwątpić”. On pokornie zaprasza: „Podnieś swój palec”. Jest to zachęta do konkretnego, osobistego spotkania. Zmartwychwstały Pan przychodzi do Tomasza nie z abstrakcyjną nauką, lecz z własnym Ciałem, które wciąż nosi ślady ran po ukrzyżowaniu. Bóg nie boi się przyjść do człowieka na jego warunkach, bo rozumie jego sposób myślenia, lęki i potrzebę doświadczenia miłości.

Słowo „zobacz” w Ewangelii św. Jana oznacza głębsze poznanie, nie tylko fizyczne dostrzeżenie czegoś, ale wewnętrzne zrozumienie prawdy. Wcześniej Jezus mówił: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9). A teraz zachęca Tomasza: „Zobacz moje ręce”. W tych rękach jest zapisana historia zbawienia. Ręce Jezusa, które błogosławiły, uzdrawiały, podnosiły upadających, karmiły głodnych, zostały przybite do krzyża, ale nadal niosą życie. Tomasz potrzebuje nie tylko dotknąć, ale musi zobaczyć więcej, niż do tej pory widział. „Tylko zraniona wiara, na której są widoczne «blizny po gwoździach», jest wiarygodna, tylko ona może uzdrawiać. Obawiam się, że wiara, która nie przeszła nocy Krzyża i nie była zraniona w serce, tej siły nie ma. Wiara, która nigdy nie oślepła, która nie spróbowała ciemności, z trudem może pomóc tym, którzy nie widzieli i nie widzą. Religia «widzących», faryzejska, grzesznie pewna siebie, niezraniona religia zamiast chleba daje kamień, zamiast wiary ideologię, zamiast świadectwa teorię, zamiast pomocy pouczanie, zamiast miłosierdzia tylko nakazy i zakazy” (T. Halik).

W rozmowie z Tomaszem Zbawiciel używa mocnych słów – nie tylko „dotknij”, ale również „włóż” (gr. bale). Chodzi o dosłowne zanurzenie się w Jego ranie, wejście w głębię tajemnicy Bożego miłosierdzia. Bok Jezusa jest tym samym miejscem, które zostało przebite na krzyżu, skąd wypłynęła krew i woda – symbole chrztu i Eucharystii (J 19,34). Można powiedzieć, że Tomasz zostaje zaproszony nie tylko do dotknięcia Jezusa, ale do wejścia w sakramentalne życie Kościoła.

„Tomasz i my jesteśmy wzywani do przeżywania wiary z otwartością na Jezusa, który objawia się nieustannie w swoim Słowie, w znaku Chleba, we wspólnocie Kościoła. Jego obecności nie można zamknąć w jednym przeżyciu, w jednym miejscu, we własnych schematach. Nie można spoglądać jedynie w przeszłość, ale trzeba być nieustannie otwartym na Jego nowe, «nieoczekiwane» przychodzenie. Inaczej bylibyśmy podobni do tych, którzy nie są «wewnątrz», gdzie Jezus się objawia, ale na zewnątrz – to znaczy nie chcą uznać Tego, który przyszedł na świat, aby objawić życie, nie potrafią uwierzyć, że jest źródłem wody żywej, że jest Chlebem życia, że pozostaje obecny w Słowie, zawartym w kruchych literach zapisanych na kartach Pisma” (K. Wons).

W tej scenie Ewangelii objawia się nie tylko miłosierdzie Jezusa, ale również wyrozumiałość i łagodność wspólnoty uczniów. Nie odwracają się od Tomasza, choć ten otwarcie wyraził swoje wątpliwości i zdystansował się od ich doświadczenia spotkania ze zmartwychwstałym Panem. Apostołowie nie uprzedzili się do niego. A przecież mogli. Mieli powody, by poczuć się oburzeni jego postawą. Z łatwością mogli go osądzić, wykluczyć, uznać za tego, który już do nich nie należy. Wspólnota uczniów jednak nie odpłaca Tomaszowi dystansem, lecz cierpliwie czeka. To właśnie ta postawa otworzyła mu drogę do osobistego spotkania z Jezusem. Nie przekonywali go na siłę, lecz pozwolili, by sam odkrył prawdę, we właściwym dla siebie momencie. Ich pokorna obecność i akceptacja wątpliwości Tomasza to wzór dla każdej wspólnoty wierzących – Kościoła, rodziny, przyjaciół. Czasem ktoś przeżywa kryzys wiary, dystansuje się od Kościoła, nie radzi sobie ze swoim cierpieniem. Można wtedy próbować wymuszać na nim zmianę, można się obrazić i zamknąć przed nim drzwi. Ale można też – tak jak apostołowie – być, czekać, trwać w łagodności. To właśnie takie otwarte i miłosierne serca sprawiają, że ci, którzy odeszli, mogą powrócić. Wiara nie polega na tym, by zawsze myśleć tak samo, ale by mimo różnic wciąż trwać razem i świadczyć, że Jezus żyje, a my Go spotkaliśmy.

„Człowieczeństwo Jezusa Zmartwychwstałego jest tak samo realne jak Jego śmierć, spowodowana ranami, które Tomasz oglądał swoimi ludzkimi zmysłami. Jezus dając Tomaszowi możliwość oglądania i dotykania swoich ran, upomina go jednocześnie: Nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym! Nieufność i podejrzliwość Tomasza w jednym momencie przemienia się w osłupienie i zdziwienie wiary […]. Swoim okrzykiem Tomasz wypowiedział swoje doświadczenie wiary: pragnienie intymnego przylgnięcia do Jezusa, pragnienie uznania Go Panem swego życia, pragnienie pełnienia Jego woli. Słowo mój powtórzone dwukrotnie w tym krótkim wyznaniu wiary ukazuje, jak bardzo bliskim stał się dla Tomasza Zmartwychwstały Jezus. I na Tomaszu sprawdziły się słowa św. Pawła, który mówi, że gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska (Rz 5,20). Wzmożona niewiara Tomasza stała się miejscem szczególnej łaski związania się z Jezusem zmartwychwstałym. Tomasz przez osiem dni trwał w swojej niewierze. Jezus zmartwychwstały przyszedł w czasie ustalonym przez siebie. Tomasz potrzebował tych dni, aby jego uparta niewiara nieco opadła. Jezus bowiem nigdy nie łamie ludzkiej wolności, nie gwałci jej. Kiedy upieramy się przy swoim, On jak dobry Pedagog, jak cierpliwy Pasterz, potrafi czekać. Przychodzi w najbardziej odpowiednim momencie. Czekanie Jezusa jest dla nas wielką pociechą i wielką nadzieją. Jeżeli nawet budzą się w nas jeszcze i dziś jakieś odruchy niewiary i zamknięcia, możemy być pewni, że On jedynie czeka na odpowiedni moment, aby przyjść nam z pomocą, by móc pokonać w nas naszą nieufność. Możemy być pewni, że wobec nas okaże się tak samo miłosierny, hojny i pokorny, jak okazał się wobec Tomasza” (J. Augustyn).

Doświadczenie osobistego spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem prowadzi Tomasza do jednego z najpiękniejszych wyznań wiary w całym Nowym Testamencie: „Pan mój i Bóg mój!” (J 20,28). Jego słowa stają się świadectwem, że prawdziwa wiara rodzi się nie tylko z widzenia, ale przede wszystkim z osobistej relacji i bliskości z Chrystusem. Co ciekawe, Ewangelia nie mówi, czy Tomasz rzeczywiście dotknął ran Zmartwychwstałego. Może było odwrotnie. To nie Tomasz dotknął ran Jezusa, lecz Jezus dotknął ran Tomasza? Przecież Tomasz nie był tylko sceptykiem. Był kimś, kto zostawił wszystko i poszedł za Mistrzem z Nazaretu. A potem wszystko w co wierzył, zawaliło się. Umarł jego Mistrz, a wraz z Nim nadzieja. Tomasz został zraniony przez niepewność, przez lęk, przez rozczarowanie wydarzeniami Wielkiego Piątku. Może to właśnie Jezus, ukazując swoje rany, dotknął tego, co najbardziej bolało Tomasza? Nie po to, by go zawstydzić, ale by zapewnić: „Zobacz, nie jesteś sam w swoim bólu. Ja też zostałem zraniony. Ja też przeszedłem przez ciemność i śmierć. Ale żyję”. Może właśnie dlatego Tomasz nie musiał już dotykać. Wystarczyło mu, że został dotknięty przez zmartwychwstałą miłość Zbawiciela, który pokazał mu swoje rany, by uleczyć jego serce.

„Jest w naszym myśleniu jakaś pogarda dla Tomasza. Określiliśmy go mianem «niewiernego». Jakby inni apostołowie byli wierni… Wszyscy uciekli i nawet po zmartwychwstaniu, widząc Jezusa, nie potrafili uwierzyć. Jezus sam zachęcał ich, by Go dotknęli, by zjedli z Nim posiłek. Jednak żaden z nich nie był na tyle odważny, by wyrazić swoją niewiarę. Tylko Tomasz w sposób bezpośredni, może dla niektórych nietaktowny, odważył się powiedzieć wprost: chcę Go zobaczyć i dotknąć. Może dlatego, gdy zobaczył, tak żarliwie wyznał wiarę, która później poprowadziła go do męczeństwa. Czy więc nie jest tak, że obarczamy Tomasza naszym brakiem wiary? Dopóki wszystko idzie po naszej myśli, jesteśmy radosnymi wierzącymi. Gdy przychodzi choroba, niepowodzenie, uznajemy, że Bóg nas opuścił, że przestał nas kochać. Gdy Bóg nie spełnia naszych oczekiwań lub wymaga trudu, wycofujemy się. Bierzemy z nauczania Jezusa to, co nam odpowiada, eliminując krzyż, niepewność i cierpienie. Zmuszamy Boga, aby nieustannie dawał nam dowody miłości, bo bez nich nie wierzymy, że nas kocha. Muszę zobaczyć, dotknąć, żeby uwierzyć, ale na ogół się do tego nie przyznaję. Owszem, wierzę w Boga, ale czy wierzę Bogu? Papież św. Grzegorz Wielki skomentował wydarzenie w Wieczerniku słowami: «Więcej pomaga naszej wierze niewiara Tomasza niż wiara apostołów». Tomasz góruje nad nami tym, że szczerze pokazuje prawdę o sobie, nie ukrywając się za jakimiś maskami. Woła z dna swojej niemocy i zostaje wysłuchany. Jest odważniejszy niż inni apostołowie, których Jezus musi przekonywać bardziej niż jego (Łk 24,36-43). On zobaczył raz i uwierzył” (E. Zarzeczny).

Wiara, która czyni nas radosnymi pielgrzymami nadziei

Jezus powiedział do Tomasza: „Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Te słowa są skierowane także do nas. Nie widzieliśmy Chrystusa tak, jak widzieli Go apostołowie, ale jesteśmy wezwani do żywej wiary, która rodzi się z przyjęcia Ewangelii i umacnia się przez sakramenty we wspólnocie Kościoła. Zbawiciel zestawia wiarę Tomasza z postawą tych, którzy nie mieli możliwości ujrzenia Go na własne oczy, a mimo to uwierzyli. To właśnie oni zostają nazwani błogosławionymi. Jest to jedyne błogosławieństwo w Ewangelii Janowej, które odnosi się do wszystkich wierzących, niezależnie od miejsca i czasu, w jakim przyszło im żyć. Wiara bowiem nie ogranicza się do tego, co można dostrzec zmysłami. Przekracza ona granice ludzkiego doświadczenia i otwiera na tajemnicę Boga niewidzialnego, niepojętego, a zarazem nieskończenie miłosiernego. Wielu dzisiejszych chrześcijan – podobnie jak św. Tomasz – przeżywa duchowe rozterki i wątpliwości. A jednak trwają w wierze i uczestniczą we wspólnocie Kościoła, przekonani, że są w rękach Boga, choć nie mogą tego potwierdzić żadnym empirycznym dowodem. Istnieje bowiem szczególna łaska Ducha Świętego – cicha, ale potężna – która podtrzymuje człowieka w wierze nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się milczeć. To ona sprawia, że mimo ciemności i zwątpienia, mimo braku oczywistych znaków, serce pozostaje wierne Chrystusowi, którego nie widzi, ale ufa, że to właśnie On pokonał śmierć, zmartwychwstał i żyje.

Otwierając się na tajemnicę ran zmartwychwstałego Jezusa, odkrywamy niezwykły portret Boga, którego istotą jest miłość aż do końca (por. J 13,1). Te święte znaki męki nie są jedynie śladem cierpienia, lecz żywym objawieniem istoty Bożego Serca – miłości, która przyjmuje ból, aby dać nam życie. W tych ranach, naznaczonych ofiarą, Bóg ukazuje się jako Ten, który nie pozostaje obojętny wobec ludzkiego losu, ale przychodzi, by nas uzdrawiać, zbawiać i uświęcać. Wiara przestaje być wówczas jedynie intelektualnym uznaniem istnienia Boga, ograniczonym do ram światopoglądu, lecz staje się wydarzeniem, które nadaje sens całemu życiu. W obliczu ran Chrystusa nie sposób pozostać obojętnym, otwierają one przed nami drogę do głębokiej relacji z Bogiem, który z miłości do człowieka przyjął rany, aby je uczynić źródłem zbawienia.

Każdy z nas ma w sobie coś z apostoła Tomasza: wątpliwości, pytania, potrzebę „dotknięcia” Boga w realny sposób. Każdy z nas nosi w sobie jakieś rany, które zadał nam świat, ludzie, czy nasze własne błędy i grzechy. Czasem są to rany duchowe, emocjonalne, fizyczne. Może nam się wydawać, że te rany oddzielają nas od Boga, że nasza słabość i ból czynią nas niegodnymi Jego miłości. A jednak Ewangelia zapewnia nas, że tak jak rany Jezusa nie są symbolem klęski, lecz znakiem zwycięstwa, tak i nasze rany mogą stać się miejscem spotkania z ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem. Tomasz uwierzył nie dlatego, że znalazł odpowiedzi na wszystkie swoje wątpliwości, ale dlatego, że w ranach Jezusa doświadczył zmartwychwstałej miłości, która stała się balsamem na jego rany. „Nasze uzdrowienie jest poza nami. Jest w ranach Zbawiciela – w przebitym sercu Jezusa Chrystusa, gdzie początek wzięły sakramenty Kościoła, skąd wytrysnęło samo życie, jego pełnia, która jest nam dzisiaj udzielana w liturgii” (K. Porosło).

Tomasz Didymos jest naszym „bliźniaczym bratem”. Zobaczył Jezusa oraz doświadczył Jego zranionej i zmartwychwstałej miłości nie tylko dla siebie, ale i dla nas. Są bowiem ci, którzy „uwierzyli, bo ujrzeli”. Wszyscy apostołowie uwierzyli, ponieważ mogli ujrzeć, dotknąć, przekonać się, że ukrzyżowany Jezus zmartwychwstał i żyje. Są jednak i tacy (a my wśród nich), którzy nie widzieli Jezusa po Jego zmartwychwstaniu. Ich wiara narodziła się dzięki głoszonej Ewangelii. Nie „zobaczyli”, lecz „usłyszeli” i uwierzyli. Jezus nazywa ich „błogosławionymi”, szczęśliwymi. Oni także spotykają zmartwychwstałego Pana. I wierząc, „mają życie w Jego imię”.

Tomasz, nazwany Bliźniakiem, stał się symbolem tych, którzy poszukują pewności, dotyku, dowodu. Jego serce było rozdarte między pragnieniem wiary a bólem zwątpienia. A Jezus, zamiast go potępić, czyni coś niezwykłego – ukazuje mu swoje rany. W tych śladach męki Tomasz nie tylko odnajduje dowód, ale przede wszystkim miejsce, gdzie jego własne rany mogą się zabliźnić. Odtąd Jezus staje się jego prawdziwym „Bliźniakiem” – nie przez podobieństwo zewnętrzne, ale przez wspólnotę ran. Każdy, kto cierpi, kto nosi blizny fizyczne, duchowe, emocjonalne, może w ranach Jezusa znaleźć uzdrowienie. Zbawiciel nie przyszedł na świat, by być Bogiem dalekim, ale tak bliskim, że pozwala się dotknąć tam, gdzie boli najbardziej. I tak jak Tomasz znalazł pokój w Jego ranach, tak i my możemy w nich znaleźć ukojenie, odbudowanie wiary, nadzieję i miłosierdzie. W ranach Jezusa nasze rany się goją. W Jego bliskości nasze serca znajdują wytchnienie i radość. Jezus – Bliźniak Tomasza, staje się Bliźniakiem każdego z nas. W Jego ranach możemy się „zabliźnić”, czyli doświadczyć niezwykłej komunii z Bogiem.

Wierzyć w Chrystusa zmartwychwstałego to nie tylko uznawać Jego istnienie, ale przede wszystkim świadomie wybrać Go w miłości, pokochać Go jako żywego i obecnego tu i teraz. Wiara nie jest wyłącznie aktem rozumu, lecz także głębokim zaangażowaniem serca i wolnej woli, przenikającym całą ludzką istotę – myśli, uczucia i decyzje. Jest jak miłość, która obejmuje człowieka w pełni i domaga się całkowitego oddania. Tomasz, gdy rozpoznaje w Jezusie Zmartwychwstałego, nie tylko wierzy w Jego powrót do życia, ale natychmiast składa Mu siebie w darze. Jego wyznanie: „Pan mój!” to nie tylko słowa, lecz akt całkowitego zawierzenia i uznania Chrystusa za jedynego Pana i Zbawiciela. To wybór, który jest wyrazem świadomego oddania się Temu, który jest Życiem i nasze życie czyni szczęśliwym na wieki.

Historia Tomasza – jego wątpliwości, poszukiwania i ostateczne spotkanie ze zmartwychwstałym Panem – staje się dla nas niezwykle ważnym świadectwem. Pokazuje, że wiara dojrzewa niekiedy przez pytania i niepewność, ale gdy się narodzi, może stać się pełnym miłości oddaniem. Dlatego błogosławieni są ci, którzy choć nie widzieli, umiłowali Jezusa i stali się pielgrzymami nadziei.

Tomasz zobaczył Jezusa, ale my mamy Jego żywe słowo. Gdy karmimy się Ewangelią, zaczynamy dostrzegać działanie Boga w naszym życiu. Wiara rodzi się ze słuchania i umacnia się we wspólnocie Kościoła. Tak jak Tomasz miał wokół siebie świadków wiary – apostołów, tak i my potrzebujemy wspólnoty, która nas podtrzyma w chwilach trudności i zwątpienia. Tomasz uwierzył, bo zobaczył. My wierzymy, choć nie widzimy. A jednak nasza wiara nie jest ślepa, lecz zakorzeniona w świadectwie tych, którzy spotkali Zmartwychwstałego. Jest ciągle umacniana przez działanie Ducha Świętego w naszym sercu. Jezus zapewnia nas: „Błogosławieni jesteście, jeśli wierzycie”. Jesteśmy błogosławieni, bo dzięki wierze odkrywamy, że Bóg jest blisko każdego z nas, bo możemy Go spotkać w słowie Bożym, w sakramentach, we wspólnocie Kościoła, w drugim człowieku, w codzienności, a nawet w naszym krzyżu i w cierpieniu.

Żyjemy w świecie, który najpierw skazał Jezusa na śmierć, przybił Go do krzyża, potem zamknął w grobie, a teraz oskarża Go o obojętność i brak troski o ludzkie losy. Paradoksalnie to nie Bóg odwrócił się od człowieka, lecz człowiek odwrócił się od Boga. Pragnienie Tomasza, by dotknąć ran Jezusa nie było ani świętokradztwem, ani brakiem wiary – było wołaniem serca, które szukało pewności i ukojenia. Jezus nie tylko mu tego nie odmówił, ale sam zaprosił go, by dotknął rany w Jego boku – tej najbliżej serca. To zaproszenie nie było przypadkowe. W sercu Jezusa jest miejsce dla wszystkich, którzy kiedykolwiek zwątpili, zbłądzili, bali się uwierzyć. Jest tam miejsce także dla mnie i dla ciebie.

Pytania do osobistej refleksji:

W jakich sytuacjach odwaga Tomasza może być dla mnie wzorem? Czy zdarza mi się czuć zagubienie w wierze, tak jak Tomaszowi? Jakie pytania chciałbym dziś zadać Jezusowi o drogę, którą mam iść? Czy ufam Jezusowi, nawet jeśli nie znam dokładnego kierunku mojego życia? Czy mam odwagę konfrontować swoje wątpliwości i szukać prawdy, tak jak Tomasz? Jakie są moje rany duchowe – czy powierzam je Jezusowi, aby On je uzdrowił? Czy potrafię dostrzegać Jezusa w ranach innych ludzi? Co oznacza dla mnie wyznanie: „Pan mój i Bóg mój”? Czy moje życie odzwierciedla to, że Jezus jest moim Panem i Bogiem? W jaki sposób mogę codziennie umacniać swoją wiarę, aby nie opierała się tylko na tym, co widzialne?

Modlitwa na zakończenie

Panie Jezu, dziękujemy Ci za dar wiary i za przykład św. Tomasza apostoła, który uczy nas, że pytania i wątpliwości mogą prowadzić do głębszego spotkania z Tobą. Tak jak on szukał prawdy, naucz nas wytrwale Ciebie szukać. Tak jak on pragnął dotknąć Twoich ran, pomóż nam dostrzegać Twoją obecność w słowie Bożym, w sakramentach i w drugim człowieku. Tak jak on odważnie wyznał: „Pan mój i Bóg mój”, daj nam łaskę, abyśmy każdego dnia potwierdzali to naszym życiem. Umacniaj naszą wiarę, aby nie opierała się tylko na tym, co widzialne, ale była zbudowana na ufności i miłości do Ciebie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

 

[1] Ewangelie w siedmiu miejscach poświęcają św. Tomaszowi apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Nowego Testamentu jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz (Dz 1,13), wymieniając go wśród zgromadzonych w Wieczerniku po wniebowstąpieniu Jezusa. Choć jego postać nie jest tak szeroko opisana jak innych apostołów, jego rola w historii chrześcijaństwa jest niezwykle znacząca.

[2] Warto w tym kontekście przywołać słowa św. Jana Pawła II z encykliki Fides et ratio: „Mądrość Krzyża przekracza wszelkie granice kulturowe, jakie można by jej narzucić, i każe otworzyć się na powszechność zawartej w niej prawdy. Jakież wyzwanie zostaje tu rzucone naszemu rozumowi i jakąż korzyść może on odnieść, jeśli je podejmie! Filozofia nawet o własnych siłach jest w stanie dostrzec, że człowiek nieustannie przekracza samego siebie w dążeniu do prawdy, natomiast z pomocą wiary może otworzyć się na «szaleństwo» Krzyża i przyjąć je jako słuszną krytykę tych, którzy błędnie mniemają, że posiedli prawdę, choć uwięzili ją na płyciznach swojego systemu. Orędzie Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego jest rafą, o którą może się rozbić powiązanie wiary i filozofii, ale poza którą otwiera się nieskończony ocean prawdy” (n. 23).