Bartymeusz – niewidomy żebrak przemieniony w ucznia
Spotkanie Jezusa z Bartymeuszem stanowi drugie uzdrowienie niewidomego opisane w Ewangelii św. Marka. Wraz z wcześniejszym cudem w Betsaidzie (Mk 8,22-26) tworzy ono zamierzoną strukturę teologiczną, odnoszącą się do męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa oraz konsekwencji tych wydarzeń dla wspólnoty wierzących. Oba uzdrowienia nie są jedynie spektakularnymi znakami Bożej mocy, ale stanowią głębokie przesłanie duchowe. Uzdrowienie w Betsaidzie ukazuje stopniowy proces dochodzenia do pełni widzenia, co można interpretować jako metaforę dojrzewania w wierze. Natomiast uzdrowienie Bartymeusza, będące natychmiastowym otwarciem oczu po jego wołaniu o miłosierdzie, podkreśla gotowość i determinację człowieka w przyjęciu łaski Bożej.
Obie te sceny wpisują się w centralną tematykę Ewangelii św. Marka, gdzie objawienie mesjańskie Jezusa dokonuje się w kontekście Jego tajemnicy paschalnej. Przypominają one, że prawdziwe „widzenie” w sensie duchowym nie polega jedynie na fizycznej zdolności dostrzegania świata, lecz na bliskiej relacji z Chrystusem. To właśnie w perspektywie Jego krzyża i zmartwychwstania Kościół odkrywa swoje powołanie do posługi miłości i miłosierdzia wobec chorych, biednych i grzesznych. W ten sposób historia Bartymeusza prowadzi do kluczowego pytania o naszą własną duchową ślepotę. Czy potrafimy, jak Bartymeusz, wołać do Jezusa z ufnością i pozwolić Mu otworzyć nasze oczy na prawdę o Nim samym oraz o naszej drodze wiary? To wezwanie pozostaje aktualne dla każdego, kto pragnie widzieć i żyć w świetle Ewangelii. „Opowieść o Bartymeuszu siedzącym na skraju drogi prowadzącej do Jerycha ukazuje pedagogię Jezusa, który pomaga nam rozwinąć skrzydła odwagi i napełnia nadzieją, aby wzrosła nasza samoocena, abyśmy czuli się kochani i mogli kochać innych” (J. Prado Flores).
Sytuacja Bartymeusza
Imię Bartymeusz pochodzi z języka aramejskiego i greckiego, a więc stanowi połączenie dwóch światów. „Bar” oznacza „syn”, a „Tymeusz” wywodzi się od greckiego Timaios, co można tłumaczyć jako „szanowany” lub „cenny”. Zatem Bartymeusz to „syn godny czci”, „syn szanowanego” lub „syn wartościowy”. Ale tu pojawia się paradoks: syn kogoś, kto powinien być czczony i szanowany leży opuszczony u bram Jerycha, cierpi, bo jest niewidomy i żebrze. „Trochę ta opowieść brzmi jak historia o synu marnotrawnym, który przecież jadł ze świniami mając w domu swego ojca wszystko czego mógłby zapragnąć” (Ł.B. Bilski). Bartymeusz nosi w swoim imieniu wielką godność, ale jego życie zdaje się temu przeczyć. Współczesna psychologia mówi o tzw. „dysonansie tożsamościowym” – człowiek może nosić w sobie potencjał, ale jeśli jego środowisko (rodzina, społeczeństwo) go nie potwierdza, żyje w ciągłym rozdarciu. Dysonans to pojęcie zaczerpnięte z teorii muzyki. Oznacza brak harmonii, zderzenie dźwięków, które nie współbrzmią. Podobnie jak kompozytor pragnie odnaleźć zgodność tonów, tak każdy człowiek dąży do wewnętrznej jedności, by jego myśli, słowa, przekonania i doświadczenia tworzyły spójną całość. Bartymeusz jest postacią rozdźwięku. Jego ślepota i odrzucenie pozostają w sprzeczności z imieniem „syn czcigodnego”. To dramat człowieka, który nie może odnaleźć swojego miejsca w świecie.
Ojciec Bartymeusza jest nieobecny w ewangelicznej narracji. Nie wiemy, czy umarł? Czy go odrzucił? A może to właśnie ślepota syna była przyczyną zerwania więzi? W starożytnym świecie zdarzało się, że kalectwo traktowano jako przekleństwo, a ślepiec mógł być uznany za „niegodnego syna”. Bartymeusz więc nie tylko nie widzi, ale także nie jest widziany przez innych, wykluczony i skazany na samotność. Nieobecność ojca, zarówno fizyczna, jak i emocjonalna, może kształtować w człowieku głębokie poczucie wewnętrznej pustki i osamotnienia. Brak bliskiej więzi z rodzicami może prowadzić do deficytów w zakresie poczucia własnej wartości, umiejętności regulacji emocji oraz zdolności do nawiązywania zdrowych relacji.
„Bartymeusz nie tylko posiadał ograniczenia o charakterze zdrowotnym, ale uczynił również wszystko, aby ograniczyć zakres swoich zdolności. Natura uczyniła go niewidomym, on jednak i tylko on uczynił siebie żebrakiem. Jedynie do Bartymeusza należała decyzja, aby prosić o jałmużnę na przedmieściach handlowego miasta Jerycho. Nie ma bowiem koniecznej zależności między ślepotą i żebraniem. On miał problem z oczami, ale przecież posiadał również wszystkie inne zdolności. Bartymeusz natomiast wycofał się i schował za swoją ślepotą, by nie wysilać się podwójnie. Zdecydował się na wybór tego, co łatwiejsze, nawet jeśli czyniąc tak, zmuszony był poświęcić własną godność i szacunek do samego siebie. Tak stał się żebrakiem, który eksponował wobec innych własną biedę. Wolał przyciągać uwagę innych swoimi brakami i słabościami, zamiast zaletami i zdolnościami […]. Jak każdy człowiek posiadał zalety i ograniczenia, siłę i słabości. Użalając się nad sobą i siadając na skraju chodnika, zatrzasnął drzwi przyszłości. Rzeczywiście, posiadał on pewną niezdolność, ale zdecydował się żyć nieporuszony obok przechodzących karawan kupców i pielgrzymów. On sam uznał się za pokonanego. Przywiązany do swojej choroby, przekonywał ludzi do siebie jako ubogiego żebraka, który pozostanie takim przez resztę swoich dni” (J. Prado Flores).
Bartymeusz, opuszczony, niewidomy i samotny, to obraz człowieka zranionego, który jednak nie pozostaje bierny wobec swojego losu. Jego wołanie jest aktem przekraczającym bezsilność i rozpacz, to przejaw nadziei, że relacja może zostać odbudowana, że ktoś przyjdzie i odpowie na jego głód miłości. Gdy Bartymeusz woła: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (Mk 10,48), nagle przestaje być anonimowym żebrakiem. Zostaje przywołany po imieniu, jakby Jezus chciał go zapewnić: „Jesteś umiłowanym synem godnym czci, ale nie przez ojca, którego brakuje w twoim życiu, lecz przez Boga Ojca, który cię dostrzega i kocha”. Dzięki Jezusowi Bartymeusz przestaje być samotnym ślepcem przy drodze, a staje się pielgrzymem nadziei, który widzi nie tylko oczami, ale i sercem. Jezus sprawia, że rozdźwięk jego życia ustępuje miejsca pełni i prawdzie o jego tożsamości.
Niewidomy spod Jerycha ukazuje ważną prawdę o naszym życiu. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy żebrakami. „Każdy z nas niemal codziennie wyciąga rękę, żebrząc. Często czynimy to nieświadomie. Żebrzemy o akceptację innych, o szacunek, żebrzemy o miłość. W sercach odczuwamy głębokie pragnienie, by inni nas zauważyli, chwalili, cenili, by nas kochali. Pragnienie bycia kochanym jest najgłębszym pragnieniem serca. Jeżeli nie otrzymujemy takiej miłości, jakiej pragniemy, albo widzimy, że miłość innych jest interesowna, wtedy czujemy się sfrustrowani, nieszczęśliwi, samotni. Miłość jest potężnym motorem naszych działań. Potrafimy zdobywać się na wielkie ofiary, gdy widzimy, że ktoś nas zauważy, podziękuje, obdarzy miłością. Człowiek może żyć w zdrowiu i rozwijać się integralnie tylko wtedy, gdy doświadcza miłości i obdarza miłością” (S. Biel).
Jerycho – miasto grzechu
Spotkanie Jezusa z Bartymeuszem dokonuje się u bram Jerycha. To miejsce, na pozór drugorzędne, skrywa w sobie głębszy sens, który pozwala lepiej zrozumieć działanie Chrystusa. Jerycho – jedno z najstarszych miast świata – było świadkiem licznych wydarzeń biblijnych, ale to, co czyni je szczególnie wymownym w tej narracji, to jego położenie. Znajduje się ono w ogromnej depresji geograficznej, co czyni je jednym z najniżej położonych miejsc na ziemi. „Jerozolima leży na wysokości ok. 820 m nad poziomem morza, do Jerycha wędruje się schodząc do 250 m pod poziomem morza. Nie tylko depresyjne położenie sprawiło, że Jerycho jest dla autorów biblijnych symbolem grzechu. Niechlubna reputacja ciągnęła się za nim już od czasów Starego Testamentu. Zdobyte i zrównane z ziemią przez Jozuego, zostało odbudowane w pogańskim stylu, na ohydnej dla Pana ofierze złożonej z pierworodnego syna (1 Krl 16,34). Motyw ten wykorzystywali wczesnochrześcijańscy komentatorzy, widząc w Jezusie zstępującym do Jerycha kwintesencję jego misji. Pan zstępuje w sam środek ludzkiego grzechu” (M. Kowalski, P. Śliwiński).
„Tak przyszli do Jerycha. Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze” (Mk 10,46). Jest to relacja lakoniczna, a zarazem zastanawiająca – nie wiemy, co Chrystus czynił w mieście. Ewangelista nie poświęca temu żadnej uwagi. Jedynym akcentem, który Jerycho wnosi do tej historii jest spotkanie z Bartymeuszem. Czyż jednak nie jest to wymowny znak? Jerycho, miasto położone tak głęboko, staje się symbolem ludzkiej nędzy, kondycji człowieka grzesznego i bezsilnego, który sam z siebie nie jest w stanie się podnieść. A jednak Jezus tam przychodzi. Nie po to, by podziwiać starożytne mury miasta, lecz by odnaleźć tego, który woła o miłosierdzie. Bo Zbawiciel nie lęka się wejść w ciemność i głębię ludzkiego cierpienia – rozpala światło tam, gdzie króluje ślepota, zarówno fizyczna, jak i duchowa.
Spotkanie z Bartymeuszem to nie przypadkowe wydarzenie, lecz wyraz odwiecznego Bożego zamysłu: Bóg szuka człowieka, nawet w najbardziej odległych i upadłych miejscach. Jezus przychodzi, aby otworzyć oczy ślepym, aby dać nowe życie temu, kto został odrzucony. Jerycho, miasto położone w depresji, staje się sceną triumfu Bożej łaski i zwycięstwa światłości Chrystusa nad ludzką ciemnością i ślepotą.
Niewidomy, który potrafi słuchać
Spotkanie Bartymeusza z Jezusem wyrasta z pozornie nieistotnego szczegółu, z subtelnego dźwięku, który łatwo można zignorować: „Słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać” (Mk 10,47). To jedno zdanie skrywa w sobie coś niezwykle cennego – pokazuje, że droga wiary zaczyna się nie od spektakularnego objawienia, nie od cudownego impulsu z nieba, ale od uważnego słuchania. Bartymeusz siedzi na uboczu drogi. Jest fizycznie niewidomy, społecznie wykluczony i zdany na łaskę innych. Ale jego serce jest czujne. Gdy nadchodzi Jezus, on jeszcze nie widzi, nie dotyka, nie rozumie, ale ma wrażliwy słuch i otwarte serce. I to, co słyszy, nie jest wyraźnym przekazem. Może to być tylko strzępek rozmowy, przypadkowe słowo rzucone przez kogoś z tłumu. A jednak to wystarcza, by w jego sercu zapalił się płomień nadziei. Zwieńczeniem tej drogi będzie już świadoma i dojrzała wiara Bartymeusza.
To krótkie „usłyszenie” odsłania strukturę wiary, która rozwija się w ludzkim sercu[1]. Ewangeliczne opowiadania nieustannie ukazują ten sam schemat: wiara rodzi się w spotkaniu z Jezusem, lecz jej pierwszym zalążkiem jest zasłyszane słowo, nikły dźwięk, który budzi wiarę. To właśnie słuchanie rozpoczyna podróż ku prawdziwemu poznaniu osoby Chrystusa. W Biblii „słuchać” oznacza przyjąć słowo całym sobą, pozwolić mu kształtować własne życie. Święty Paweł podkreśla, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17)[2]. Bez otwartego serca, bez gotowości, by dać się poruszyć Bożemu Słowu, nie może narodzić się wiara. Bóg mówi nieustannie przez Pismo św., przez liturgię, przez cichy głos sumienia, ale to od nas zależy, czy naprawdę Go słyszymy. W języku hebrajskim nie ma rozdziału między słowem a czynem. Dabar jest jednym z tych słów, które wymykają się prostemu tłumaczeniu. Oznacza jednocześnie „słowo”, „rzecz”, „wydarzenie”. W Piśmie Świętym dabar to nie tylko wypowiedź Boga, ale Jego żywa obecność i działanie. Kiedy Bóg mówi, to się staje. „Niech się stanie światłość” – i stała się światłość (Rdz 1,3). Najpełniejszym dabar Boga jest Jezus Chrystus, „Słowo, które stało się ciałem” (J 1,14). Jezus nie tylko mówi w imieniu Boga. On jest Słowem Boga. W Nim dabar przybrało ludzkie oblicze, pragnienia, uczucia i gesty. Dlatego słuchanie Boga to coś więcej niż intelektualne przyjęcie treści – to zgoda na Jego działanie w moim życiu. Kiedy otwieram Pismo św., nie stykam się z tekstem, lecz staję twarzą w twarz z żywym dabar, które ma moc stwarzać mnie na nowo[3].
Spotkanie ze Słowem Boga, wypowiedzianym przed wiekami może nas głęboko zaskoczyć. Bo nie jest to słowo, które przemija jak ludzka mowa, unosząc się chwilę w powietrzu, a potem cichnąc bez śladu. Dabar nie starzeje się, nie traci mocy. Choć wypowiedziane w konkretnej historii i kulturze, wciąż działa za sprawą Ducha Świętego. Tutaj nie ma miejsca na nudę i stagnację. Słowo Boga pozostaje w ciągłym ruchu. Jest jak rzeka, która płynie, oczyszcza, kształtuje krajobraz naszej duszy. Potrafi niepokoić, pobudzać i rozświetlać. Czasem pociesza, jak czuły szept, innym razem uderza jak ogień albo jak miecz, który przenika aż do rozdzielenia duszy i ducha (por. Hbr 4,12). Ale zawsze ma jedno zadanie – prowadzić do życia i komunii z Bogiem. Dabar jest solidnym fundamentem. To nie jest kapryśna i zmienna emocja. To skała, na której można się oprzeć, gdy wszystko inne drży. Boże Słowo nie zawodzi i jest wierne. Nie wraca do Boga, dopóki nie wypełni swojej misji (Iz 55,10-11)[4]. Słowo Boga nie jest dla tych, którzy szukają jedynie informacji, tylko dla tych, którzy szukają relacji, gotowi, by słuchać, przyjmować, nosić w sercu i wprowadzać w czyn.
Krzyk, który staje się modlitwą serca
Jezus wielokrotnie nauczał o konieczności dzielenia się z potrzebującymi, o miłosierdziu, które powinno wypływać z serca każdego Jego ucznia. Tymczasem na drodze Jego wędrówki siedzi człowiek ubogi, ślepiec, wystawiony na widok publiczny, oczekujący na jałmużnę. I wtedy dzieje się coś zaskakującego. Jezus przechodzi obok. Nie zatrzymuje się, nie wypowiada słowa, nie sięga po sakiewkę, jakby go zignorował. Dlaczego Ten, który tyle uczył o miłosierdziu, postanowił tym razem nie reagować na ludzką biedę i kalectwo? To milczące przejście Rabbiego z Nazaretu musiało budzić zdziwienie nie tylko wśród uczniów, ale i u samego niewidomego, który zapewne poczuł się po raz kolejny niezauważony, opuszczony i niegodny uwagi. Najbardziej zaskakuje w tej scenie nie tyle sama obojętność ludzi, lecz milczenie Mesjasza, który miał być nadzieją dla uciśnionych. Przecież to właśnie Jezus z Nazaretu został namaszczony przez Ducha Świętego, by „głosić dobrą nowinę ubogim, ogłaszać więźniom wolność, a niewidomym przejrzenie” (Łk 4,18-19). Jak więc zrozumieć Jego decyzję, by się nie zatrzymać przy żebrzącym Bartymeuszu? Może Jezus chce nas nauczyć czegoś głębszego niż bezpośredni gest pomocy materialnej. Może Jego milczenie i pozorne odrzucenie są tylko zapowiedzią czegoś większego – spotkania, które odmieni życie ślepca nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Bóg czasem milczy, by za chwilę przemówić z jeszcze większą mocą.
Gdy Jezus przeszedł tuż obok niego i zaczął oddalać się w tłumie, Bartymeusz zrozumiał, że odchodzi ostatnia szansa, by wyrwać się z życia, które dotąd było pasmem upokorzeń, stagnacji i duchowej ciemności. Nie potrafił już dłużej znosić szarej codzienności żebraka. Życie bez marzeń i oczekiwań zaczęło go męczyć. Bartymeusz czuł, że sięgnął dna. Jego wnętrze, dotąd jakby uśpione i zamknięte w skorupie rezygnacji, nagle eksplodowało. W ciszy serca, które przez lata milczało, narodził się potężny krzyk duszy, która nie chce już być niewidzialna. Do tej pory był cichy, niemal niezauważalny, prosząc o jałmużnę głosem ledwie słyszalnym, by wzbudzić litość i współczucie przechodniów. Ten, który leżał jak cień na marginesie życia, odrzucił rolę ofiary i odważył się zapragnąć przemiany. Pozwolił, by jego serce otworzyło się na nadzieję. Chwycił się tej jedynej okazji i uwierzył, że zmiana jest możliwa.
Wołanie Bartymeusza: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” (Mk 10,47) jawi się jako moment przełomowy, niemal dramatyczny, a zarazem niezwykle wymowny w całej strukturze tej ewangelicznej narracji. Nie jest to jedynie krzyk rozpaczy, lecz świadome wyznanie wiary, zakorzenione w nadziei Izraela. Użycie tytułu „Syn Dawida” jest określeniem mesjańskim, głęboko osadzonym w tradycji biblijnej. Wskazuje na potomka królewskiego rodu, który miał przyjść, aby przywrócić Boży porządek w świecie i zbawić swój lud.
W Bartymeuszu widzimy człowieka, który choć pozbawiony wzroku cielesnego, posiada jasność wewnętrznego spojrzenia. Jego wiara pozwala mu dostrzec w Jezusie nie tylko cudotwórcę, lecz Mesjasza, zapowiadanego przez proroków, Syna Dawida, który przynosi zbawienie. To właśnie ślepiec, który widzi, staje się przeszywającym wyrzutem sumienia dla tych, którzy byli blisko Jezusa, a jednak nie rozpoznali Jego prawdziwej tożsamości.
Bartymeusz, wołając z tłumu, przełamuje mechanizm wyuczonej bezradności – stanu, w którym człowiek przestaje wierzyć, że może cokolwiek zmienić w swoim życiu, bo przez długi czas doświadczał porażek, odrzucenia lub braku wpływu na rzeczywistość[5]. W jego głosie nie ma już apatii, ale rodzi się decyzja, nadzieja i odwaga. To swoisty „punkt zwrotny”, moment aktywacji wewnętrznych zasobów. Krzyk „zmiłuj się nade mną” to także akceptacja swojej słabości. Bartymeusz przestaje udawać, że wszystko jest w porządku, nie gra już roli biernego obserwatora, lecz podejmuje ryzyko emocjonalnego otwarcia się na pomoc. Taka postawa bywa pierwszym krokiem w procesie uzdrowienia.
Wołanie Bartymeusza to również akt integracji osobowości, w którym rozproszone uczucia wstydu, lęku, złości, smutku i pragnienia zostają zebrane w jedno silne wyrażenie emocji. Bartymeusz, poprzez ten jeden gest, przechodzi od biernego funkcjonowania na obrzeżach społeczeństwa do aktywnego zaangażowania się w swoje życie. To moment, w którym pragnienie zmiany przezwycięża lęk przed nią.
Wołanie Bartymeusza jest także szkołą modlitwy. To modlitwa, która nie zadowala się szeptem, lecz staje się głośna, natarczywa i wytrwała. Tłum próbuje go uciszyć, jakby chciał zdusić głos serca wołającego do Boga. Bartymeusz jednak nie ustępuje. Im większy jest opór tłumu, tym silniejsze jego wołanie. Autentyczna modlitwa nie zna kompromisu, nie poddaje się presji otoczenia, lecz dociera wprost do Tego, który może uzdrowić i zbawić.
Te proste, lecz przejmujące słowa Bartymeusza stały się inspiracją dla jednej z najgłębszych form chrześcijańskiej modlitwy – „modlitwy Jezusowej”. Jej korzenie sięgają starożytnego monastycyzmu, ale szczególną popularność zyskała dzięki anonimowemu rosyjskiemu mnichowi, który w drugiej połowie XIX wieku napisał duchową perłę literatury religijnej pt. „Opowieści pielgrzyma”. W książce tej autor opisuje swoją duchową pielgrzymkę po ścieżkach własnego serca. Daje świadectwo, jak codzienne, a wręcz nieustanne powtarzanie słów: „Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem” – prowadzi go do coraz głębszego pokoju wewnętrznego i duchowego zjednoczenia z Bogiem.
Modlitwa ta, nazywana także modlitwą serca, przekracza granice wyznań – praktykują ją dziś nie tylko prawosławni mnisi i pustelnicy, ale także wielu protestantów i katolików, którzy odnajdują w niej drogę do wyciszenia, skupienia i wewnętrznej przemiany. W świecie pełnym hałasu, pośpiechu i niepokoju, modlitwa Jezusowa staje się przestrzenią prostoty i doświadczenia bliskości Boga. Ci, którzy ją podejmują, nie oczekują spektakularnych poruszeń ani owoców. Zamiast zatapiać się w niekończących się zmartwieniach, wybierają pokorną, cichą drogę – powierzają swoje serce Bogu, powtarzając jedynie: „Zmiłuj się nade mną”.
„Modlitwa Jezusowa jest modlitwą prostoty. To modlitwa ubogich, proste wołanie o pomoc, o miłosierdzie. Nie należy się zniechęcać jej pozornym ubóstwem. Mnisi dochodzili do szczytów świętości właśnie poprzez modlitwę Jezusową. Praktykowana będzie przemieniać nasze życie, będzie łączyć nas coraz bardziej z Bogiem. Nie jest to jednak tylko modlitwa dla mnichów czy osób poświęconych Bogu. Jest dla wszystkich, a przede wszystkim dla ludzi świeckich, zagonionych w codzienności. Serafin z Sarowa mówił: «Zapragniecie, na przykład pójść do kościoła, lecz kościół jest zbyt daleko lub nabożeństwo już się skończyło. Zapragniecie złożyć ofiarę, lecz nie widzicie biednego lub nie macie pieniędzy. Pragniecie żyć w czystości, lecz nie macie dosyć sił do tego […]. Być może chcielibyście zrobić coś innego w imię Jezusa, lecz nie macie ku temu sił ani okazji. Natomiast modlić się może każdy bez przeszkód. Bogaty i biedny, szlachetnie urodzony i wieśniak, mocny i słaby, zdrowy i chory, cnotliwy i grzesznik»” (A. Kania).
Porzucenie swojego płaszcza i wejście na drogę ucznia
Jezus zatrzymuje się i woła Bartymeusza. „On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa” (Mk 10,50). Ten gest niesie głęboką symbolikę. Płaszcz – zapewne jego jedyny dobytek, okrycie i ochrona – staje się tutaj znakiem starego życia, pogrążonego w ciemności, opartego na własnych zabezpieczeniach. Zostawienie płaszcza jest wyrazem radykalnego porzucenia tego, co dotychczas dawało mu namiastkę bezpieczeństwa. To akt wolności i ufności. Niewidomy potrafi rozpoznać więcej niż wielu widzących, odkrywa, że w Jezusie jest światło, za którym warto pójść, choćby trzeba było wszystko porzucić.
Ten sam motyw pojawia się w ogrodzie Getsemani, kiedy Jezus zostaje pojmany. Ewangelista przekazuje intrygujący szczegół: „A pewien młodzieniec szedł za Nim, odziany prześcieradłem na gołym ciele. Chcieli go chwycić, lecz on zostawił prześcieradło i nago uciekł od nich” (Mk 14,51-52). Epizod ten, pozornie marginalny, nabiera głębokiego znaczenia w świetle wcześniejszego gestu Bartymeusza. Oto znów człowiek zostaje nagi – tym razem młodzieniec, który dopiero wchodzi na drogę naśladowania Mistrza[6]. Nagość, będąca konsekwencją porzucenia ostatniej szaty, jawi się jako obraz stanu duchowego ucznia Jezusa: całkowicie odsłonięty, pozbawiony własnych zasług, lecz otwarty na działanie Bożej łaski. W Biblii szata często symbolizuje tożsamość, status społeczny, a niekiedy również grzeszną przeszłość. Porzucenie jej to wyrzeczenie się starego człowieka, zniewolonego grzechem, pogrążonego w ciemności własnych pragnień i złudzeń. Wyrzeczenie to nie jest jedynie rezygnacją z przeszłości, lecz aktem wolności serca, które wybiera przyjaźń z Jezusem. Jest to gotowość do wejścia w misterium paschalne Chrystusa, by umrzeć dla grzechu oraz rozpocząć nowe życie w jedności z Bogiem i bliźnimi.
Porzucając płaszcz, Bartymeusz podejmuje decyzję, że nie chce już wracać do dawnego życia, ponieważ ufa bez reszty Temu, którego jeszcze nie widzi, ale w którego już wierzy. I właśnie w tym momencie – po tym symbolicznym akcie zaufania – Chrystus stawia pytanie, które w swojej prostocie uderza niespodziewaną głębią: „Co chcesz, abym ci uczynił?” (Mk 10,51). Czyż nie zna On pragnienia serca Bartymeusza? Czy nie wie, że niewidomy pragnie wzroku? A jednak Zbawiciel szanuje jego wolność. Nie narzuca swojej łaski, ale otwiera przestrzeń dialogu, który rodzi się z miłości i zaufania. W tym pytaniu Jezusa objawia się cała delikatność Boga. On, który jest wszechwiedzący, staje przed człowiekiem nie jako Pan nakazujący, lecz jako Sługa gotowy, by obdarować, gdy serce ludzkie samo się przed Nim otworzy. Bóg nie zbawia nas bez naszej zgody, nie uzdrawia bez naszej tęsknoty i nie przemienia serca bez naszego wołania.
Bartymeusz nie prosi o pieniądze, o pozycję społeczną, o poprawę warunków życia. Jego odpowiedź jest zwięzła, ale pełna zaufania i prostoty: „Rabbuni, żebym przejrzał!” (Mk 10,51). Użycie słowa Rabbuni – „mój Nauczycielu” – wskazuje nie tylko na relację ucznia do Mistrza, ale także na czułość, z jaką zwraca się do Jezusa. Pragnienie, które wypowiada, to nie tylko prośba o fizyczny wzrok, lecz także wołanie o światło duchowe, o rozpoznanie oblicza Boga i życia według Jego zamysłu. W tych słowach „Bartymeusz wyraził swoją miłość jak nigdy dotąd. Dlaczego uczynił to teraz, będąc jeszcze ślepcem? Ponieważ nawet jeśli Jezus nie zapalił jeszcze światła w jego oczach, nie usunął jeszcze katarakty, która zaciemniała jego wzrok, to jednak już zdarzył się w jego życiu cud o wiele większy: kochał Tego, który go pobudził do krzyku. Szanował Tego, który uwierzył, że jest on w stanie powstać ze swego poniżenia. Zachwycił się Tym, który dał mu siłę, aby nie ustąpić wobec presji społeczeństwa, które nalegało, by zamilkł. Ponadto Bartymeusz wyzwolił się z blokady swego serca. Rozbił «skorupę», która więziła jego uczucia. On je zawsze miał, tylko stłumił i ukrył w niewoli, zakrywając żebraczym płaszczem. Bartymeusz zerwał również ze wstydem, ujawniając swoje potrzeby oraz miłość do Chrystusa. Jak widzimy, Jezus dokonał podwójnego cudu w życiu ślepca z Jerycha: po pierwsze dał mu moc, aby powstał i równocześnie odwagę, aby nie ustąpił wobec tych wszystkich, którzy sprzeciwiali się jego głośnemu wołaniu; po drugie otworzył mu serce, chcąc uwolnić zamknięte w nim uczucia. Tak więc syn Tymeusza był teraz silny i kochający, zdecydowany i czuły: stał się jednym z «gwałtowników», którzy zdobywają królestwo niebieskie i jednym z tych «wrażliwych», którzy nim żyją. Dzięki przejściu Jezusa Nazarejczyka drogą Bartymeusza, ten człowiek okazał się zdolny do okazania swojej siły i nieodwołalnej decyzji publicznego wyznania swej miłości wobec Mistrza. Całkowite wyzwolenie, którego dokonuje Jezus, polega na tym, że jesteśmy równocześnie mocni i wrażliwi. Mocni, by decydować i działać, wrażliwi, aby kochać. Zdecydowani, aby powstać i krzyczeć, gdy jest to konieczne, ale również zdolni do tego, aby okazać czułość i miłość – publicznie i otwarcie” (J. Prado Flores).
Jezus wypowiada do Bartymeusza słowa: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (Mk 10,52)[7]. Uzdrowienie dokonuje się przez wiarę, która jest owocem żywej relacji między człowiekiem a Bogiem. Wiara Bartymeusza jest pełna ufności, aktywna i otwarta na przyjęcie daru, który przekracza jego oczekiwania. Cud uzdrowienia Bartymeusza nie kończy się jedynie na fizycznym odzyskaniu wzroku. Jego oczy zostały otwarte, ale jeszcze bardziej otwarte zostało jego serce. Zadziwiające jest to, co dzieje się potem: Bartymeusz, choć otrzymał to, o co prosił, nie odchodzi od Jezusa. Nie wraca do swojego dawnego życia, do szarej codzienności, w której egzystował jako niewidomy żebrak. Zamiast tego – jak zanotował ewangelista – „szedł za Nim drogą” (Mk 10,52). To krótkie zdanie kryje w sobie cały dynamizm stawania się uczniem Chrystusa. Bartymeusz nie szuka już siebie, lecz idzie za Jezusem drogą. A ta droga, jak wiemy, prowadzi do Jerozolimy i na krzyż. Bartymeusz wybiera nie tylko Mistrza, ale także sposób Jego życia: życie wydane, ukrzyżowane i przemienione przez miłość. Bartymeusz został uzdrowiony przy drodze, ale odtąd jest już z Jezusem na drodze. To nie jest tylko zmiana przestrzeni, lecz radykalna przemiana jego egzystencji. Prawdziwe spotkanie z Chrystusem nie kończy się na otrzymaniu daru, lecz staje się początkiem nowego powołania i misji. Uczeń to ten, który podąża za Mistrzem nie dlatego, że wszystko rozumie, ale dlatego, że został głęboko dotknięty Jego miłością, która przemienia serce i wyznacza nowy kierunek istnienia.
Duchowy wzrok Bartymeusza „dał mu odwagę, aby nazwać Jezusa Synem Dawida; jego wzrok fizyczny pozwolił mu iść za Nim. Co zobaczył w ciągu następnych dni, kiedy miała miejsce męka i śmierć Chrystusa? Czy bał się, jak inni, bardziej doświadczeni uczniowie? Myślę, że cokolwiek się stało, był jednym z tych, którzy stworzyli pierwszą wspólnotę chrześcijan w postpaschalnej Jerozolimie. Jeśli tak nie było, to dlaczego św. Marek miałby zapamiętać jego imię? Mogę sobie nawet wyobrazić Bartymeusza, jak będąc już starcem, opowiada o swym «zakochaniu od pierwszego spojrzenia» na Chrystusa, które całkowicie przemieniło jego życie” (R.C. Antall).
Bartymeusz zostaje uzdrowiony fizycznie i duchowo. Oczy jego ciała odzyskują światło, ale jeszcze bardziej oczy jego serca zostają otwarte na tajemnicę Królestwa Bożego. Decyzja, by iść za Jezusem, nie jest już tylko odpowiedzią wdzięczności, lecz staje się świadomym wyborem nowego życia. Wiara, która otworzyła go na cud, czyni go uczniem Jezusa, który idzie za Nim drogą do Jerozolimy, a ta prowadzi przez krzyż ku zmartwychwstaniu. W osobie Bartymeusza odnajdujemy więc nie tylko obraz uzdrowionego człowieka, lecz ikonę człowieka zbawionego, który doświadczył mocy Bożego miłosierdzia i odpowiedział na nie całym swoim życiem. Oto owoc prawdziwego spotkania z Chrystusem: nowa droga, nowe życie i nowe światło. Bartymeusz przestaje być anonimowym, opuszczonym synem nieobecnego ojca, lecz staje się kimś, kogo Jezus rozpoznaje, słyszy i przyjmuje. W tym momencie odzyskuje nie tylko wzrok, ale i swoją pierwotną godność dziecka kochanego i chcianego.
Przemiana tłumu
Przy uzdrowieniu Bartymeusza ważną rolę odgrywa „tłum”, anonimowa zbiorowość, która najpierw milczy wobec jego cierpienia, potem je zagłusza, a na końcu staje się pośrednikiem Bożej łaski. Ta zmienność ukazuje wewnętrzne napięcie w sercu każdego z nas. Gdy Bartymeusz woła: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”, tłum staje się pierwszą przeszkodą. „Wielu nastawało na niego, żeby umilkł” (Mk 10,48). Niewygodny głos żebraka burzy porządek, zakłóca rytm marszu i wprowadza dysonans w schematy religijnych przyzwyczajeń. Ile razy ten sam mechanizm działa dziś w społeczeństwie, kiedy krzyk potrzebującego wydaje się niestosowny, zbyt głośny, zbyt bezpośredni? Tłum ucisza Bartymeusza, bo nie zna tęsknoty jego serca. Nie widzi, że to właśnie wołanie wiary jest przestrzenią, do której przychodzi Jezus. Ale On – jak zawsze – zatrzymuje się przed człowiekiem cierpiącym i nieszczęśliwym. Jezus mówi: „Zawołajcie go” – i ci sami, którzy przed chwilą uciszali niewidomego, stają się zwiastunami Bożego miłosierdzia: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię” (Mk 10,49). Wystarczyło jedno słowo Mistrza, by zamknięte usta otwarły się do głoszenia nadziei. Bóg nie tylko działa mimo naszych ograniczeń, ale także przez nie. Jezus czyni z tłumu, który był barierą, narzędzie swojej łaski. Nawrócenie tłumu jest pierwszym, ukrytym cudem tego fragmentu Ewangelii – zanim Bartymeusz odzyska wzrok, inni odzyskują słuch i wrażliwość serca. Bóg pragnie, byśmy jako Kościół nie byli tłumem, który wyklucza, ale wspólnotą, która towarzyszy i pomaga człowiekowi w spotkaniu ze Zbawicielem.
Jezus nie przemawia jedynie do Bartymeusza, zwraca się również do tych, którzy wcześniej byli głusi na wołanie ubogiego, niewrażliwi na krzyk wiary, która wyrasta z cierpienia. Pierwszym i być może najgłębszym cudem tej historii jest przemiana serc tłumu, które z zatwardziałych, zamkniętych na inność i ubóstwo, stają się gotowe do służby. Wystarczyło jedno słowo Jezusa, by obudzić w nich zdolność współczucia, słuchania, a w końcu uczestnictwa w Jego zbawczym dziele. Tłum, który był przeszkodą, staje się drogą. Ci, którzy milczeli wobec cierpienia niewidomego żebraka, teraz stają się echem Bożego miłosierdzia. A wszystko to dokonuje się dzięki jednemu, prostemu słowu Jezusa, „Zawołajcie go!” (Mk 10,49), które nie tylko leczy ciało, ale odradza wspólnotę i czyni z niej przestrzeń Bożej łaski.
Ewangelista zwraca naszą uwagę na intensywność gestów Bartymeusza, jakby całe jego ciało, serce i duch zostały poruszone jednym pragnieniem. On nie mówi – on krzyczy. To nie jest spokojna prośba, lecz wołanie rozpaczy splecionej z nadzieją. On nie zdejmuje płaszcza – wyrzuca go, jakby chciał pozbyć się wszystkiego, co wiąże go z dawnym życiem. I nie podnosi się zwyczajnie – zrywa się na nogi, jak ktoś, kto został wezwany do nowego życia. Te gwałtowne, wręcz przesadne gesty nie są teatrem, lecz świadectwem głębokiej tęsknoty za Zbawicielem. Wiara bowiem nie zawsze przychodzi cicho i delikatnie. Czasem objawia się z całą mocą: jak wybuch wielkiej radości, jak skok w ciemność ku światłu, jak nagłe przebudzenie, jak drzwi, które nie uchylają się delikatnie, lecz otwierają się na oścież. Wiara nie jest tylko decyzją rozumu, ale przede wszystkim poruszeniem serca, które doświadczyło dotyku Boga i nie może już pozostać w miejscu.
Historia Bartymeusza uczy nas kilku ważnych prawd:
- Wiara wymaga odwagi. Bartymeusz nie bał się krzyczeć, nawet gdy inni go uciszali.
- Jezus zawsze wysłuchuje. Choć tłum próbował ignorować Bartymeusza, Jezus usłyszał jego wołanie.
- Spotkanie z Jezusem przemienia życie. Bartymeusz zostawił za sobą stare życie i poszedł za Mistrzem.
- Trzeba zostawić to, co nas ogranicza. Bartymeusz odrzucił płaszcz, by móc swobodnie iść do Jezusa.
Każdy z nas ma w sobie coś z Bartymeusza, obszary życia, które są „ślepe” i potrzebują Bożej łaski i uzdrowienia. Droga wiary rozpoczyna się od słuchania – od zasłyszanego głosu, który porusza serce i budzi tęsknotę (Mk 10,47; Rz 10,17). To słuchanie przeradza się w wołanie, w modlitwę człowieka, który rozpoznaje własną potrzebę i kieruje ją ku Temu, który może odpowiedzieć (Mk 10,47-48). Z tej modlitwy rodzi się powołanie – osobiste wezwanie, by podejść bliżej, wyjść z tłumu, stanąć twarzą w twarz przed Panem (Mk 10,49). Wówczas następuje spotkanie – zbawcze i przemieniające – w którym człowiek doświadcza miłości Chrystusa, Jego mocy i łaski (Mk 10,50-52). Ale to nie koniec. Wiara domaga się ciągłości – prowadzi bowiem do naśladowania, do pójścia za Jezusem drogą ucznia, drogą krzyża i chwały. Tą drogą jest sam Jezus Chrystus (J 14,6). Tak jak Bartymeusz, również my, jesteśmy zaproszeni, by porzucić bezruch i wyruszyć w drogę. By wyjść z samotności i wejść w komunię z Tym, który nas powołuje. By zostawić za sobą ciemność i otworzyć się na światło wiary. Droga ta nie ma końca, to pielgrzymowanie od „początku do początku”, to nieustanna odnowa serca, które daje się pociągnąć Bogu, który „czyni wszystko nowe” (Ap 21,5).
Pytania do osobistej refleksji:
Co mówi mi o Bartymeuszu jego imię? Czy potrafię dostrzec w sobie – mimo słabości i grzechu – godność dziecka Bożego? Kim jestem w oczach Boga, a kim w oczach ludzi i we własnych oczach? Czy pozwalam, by moje duchowe imię zostało wypowiedziane przez Chrystusa? W czym doświadczam mojej własnej ślepoty? Czego nie widzę w sobie, w innych, w Bogu? W jakich przestrzeniach mojego życia „siedzę przy drodze i żebrzę”? Czy mam w sobie odwagę wołać do Jezusa z pozycji bezradności i ubóstwa? Czy rozpoznaję w sobie „tłum”, który najpierw ucisza Bartymeusza, a potem wzywa go do zaufania? W jaki sposób ja sam mogę być przeszkodą w spotkaniu kogoś z Jezusem – przez osąd, obojętność, dystans? Co jest moim „płaszczem”, który daje mi fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ale też mnie ogranicza? Czy jestem gotów zostawić to, co znam, co mnie osłania i zatrzymuje, aby spotkać Jezusa? Czy jestem gotów przyjąć nową tożsamość, nową szatę, jaką On mi ofiarowuje? Bartymeusz nie wraca do dawnego życia, lecz „szedł za Nim drogą”. Czy Jezus jest celem mojej drogi, czy tylko pomocą na mojej własnej ścieżce? Jak wygląda moje codzienne „pójście za Jezusem”? Czy idę za Nim także wtedy, gdy droga prowadzi do Jerozolimy i na krzyż? Czy wierzę, że droga z Jezusem – choć czasem trudna – jest drogą światła i prawdziwego życia?
Modlitwa na zakończenie
Panie Jezu Chryste, jak Bartymeusz, stajemy przed Tobą z sercem otwartym i spragnionym. Ty widzisz nas nawet wtedy, gdy my nie widzimy Ciebie. Ty słyszysz nasz szept, zanim wypowiemy słowo. Ty wołasz po imieniu każdego, kto Ciebie szuka. Daj nam odwagę, by wołać do Ciebie jak Bartymeusz: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Daj nam pokorę, by porzucić to, co daje nam fałszywe bezpieczeństwo. Daj nam serce gotowe, by zerwać się i iść za Tobą drogą zaufania. Panie, ulecz naszą ślepotę. Uczyń nasze oczy zdolnymi dostrzegać Twoją obecność w codzienności. Spraw, abyśmy – uzdrowieni przez Twoją łaskę – nie wracali już do dawnego życia, ale z radością szli za Tobą, niosąc światło i nadzieję innym. Ty, który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
[1] Grecki czasownik akoúō oznacza „słyszeć, słuchać, rozumieć”. W formie aorystu (akúsas) podkreśla jednorazowe usłyszenie, które stało się dla Bartymeusza kluczowym momentem jego wewnętrznej przemiany. Bartymeusz nie tylko słyszy, ale w jakiś sposób dostrzega i rozumie, że oto nadchodzi najważniejszy moment w jego życiu.
[2] „Zważywszy na to, że poznanie wiary związane jest z Przymierzem z Bogiem wiernym, który zacieśnia więź miłości z człowiekiem i kieruje do niego Słowo, Biblia przedstawia je jako słuchanie; kojarzone jest ze zmysłem słuchu. Święty Paweł posłuży się formułą, która stała się klasyczna: fides ex auditu – «wiara rodzi się z tego, co się słyszy» (Rz 10,17). Poznanie związane ze słowem jest zawsze poznaniem osobistym, rozpoznającym głos, otwierającym się na niego w wolności i idącym za nim w posłuszeństwie” (papież Franciszek).
[3] „Istnieje bardzo wiele przykładów ludzi, którzy czytając fragment Pisma Świętego, odbierali je do siebie tak, jak gdyby dla nich specjalnie było ono napisane, chociaż obiektywnie przecież jest to niemożliwe, gdyż autor tych słów żył wiele wieków wcześniej. Jednak ich odbiór Słowa spowodował ich nawrócenie. Ci ludzie wiedzą, że to sam Pan Bóg do nich przemówił. Pismo Święte posiada taki charakter, choć nam się to może nie mieścić w głowie. Z kolei jednak nie można uważać, że Pan Bóg przy każdej lekturze mówi do nas w tak intensywny sposób. Nie można tego oczekiwać. Jeżeli się to zdarza, to wówczas, gdy Bóg tego chce i tak, jak tego chce. Nie można projektować swoich pragnień na treść Pisma Świętego. Pomaga nam w tym obiektywne odczytywanie Słowa Bożego w Kościele. Zarówno w czytaniu obiektywnym, jak w czytaniu osobistym najważniejsze jest to, by czytać Biblię w Duchu Świętym. Tylko On daje możliwość właściwego odczytania Bożego Słowa” (W. Zatorski).
[4] Przypowieść o siewcy (Mt 13,3-9) opowiada o ziarnie – Słowie Bożym, które pada na różne rodzaje gleby. Jedne miejsca są żyzne, inne skaliste, inne pełne cierni. Ale jedno jest pewne – Słowo zostało rzucone. Siewca nie zatrzymuje ziarna w dłoni, nie kalkuluje, gdzie opłaca się siać. Rozrzuca je hojnie, wierząc, że przyniesie plon. A co by się stało, gdyby chciał je zachować dla siebie? To jedyny scenariusz, w którym Słowo na pewno nie wyda owocu. Ziarno pozostanie w dłoni bezpieczne, ale bezużyteczne. Nie rozwinie korzeni, nie wyda kłosa, nie stanie się chlebem dla głodnych. Tak jest z każdym słowem, które nosimy w sobie, ale którego nie mamy odwagi wypowiedzieć. Bóg nie daje nam Słowa po to, byśmy je zatrzymali. Nie po to zapala się światło, by je schować pod korcem.
[5] W tym kontekście przypomina mi się rozmowa z jednym z osadzonych. Powiedziałem mu, że jest młody, zdrowy i warto by podjął pracę w więzieniu – choćby po to, by zapełnić czas, oderwać się od monotonii dnia codziennego, zrobić coś dla siebie. On spojrzał na mnie spokojnie i odpowiedział: „Proszę księdza, ja już pracuję, bo leżę i myślę”. Zaciekawiło mnie to, więc zapytałem: „A co robisz, kiedy nie pracujesz?”. Uśmiechnął się krótko i powiedział: „Wtedy tylko leżę”. To stwierdzenie oddaje istotę zjawiska, które nazywamy prizonizacją – powolnym, ale głębokim procesem przemiany człowieka w „więźnia”. Taki człowiek traci wówczas poczucie sprawczości, celowości, zapomina o swojej tożsamości, godności, a czasem nawet o marzeniach i nadziei. Przestaje myśleć o sobie jako o kimś, kto może jeszcze coś zmienić, coś osiągnąć, coś zbudować i zaczyna funkcjonować według logiki więzienia, która często sprowadza się do przetrwania kolejnego dnia, kolejnej godziny. Zamiast człowieka z historią, emocjami, sumieniem – zostaje numer, cela, rutyna i odliczanie dni do końca wyroku. Myślenie staje się „pracą”, a bezczynność codziennością. To ogromne wyzwanie nie tylko dla samych osadzonych, ale też dla tych, którzy z nimi pracują, by przypomnieć im, że nadal są ludźmi. Nie są tylko „więźniami”, ale osobami, które nawet za kratami mogą odzyskać siebie i doświadczyć wolności, którą przynosi Chrystus.
[6] Ten radykalny gest ucznia znajduje swoje najpełniejsze odzwierciedlenie w samym Chrystusie. On bowiem, jak uczy św. Paweł, „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2,7). Ogołocenie Syna Bożego nie jest jedynie prawdą wcielenia, lecz całym stylem Jego istnienia. To świadomy wybór całkowitego oddania się w ręce Ojca i ludzi, aż po śmierć krzyżową (por. Flp 2,8). W sposób szczególny logika tego ogołocenia odsłania się w geście Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy: „Wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, przepasał się nim” (J 13,4). Ten gest nie jest tylko przygotowaniem do umycia nóg uczniom; jest prorockim znakiem. Jezus odkłada swoją szatę – znak autorytetu i godności – aby stać się sługą. W tym uniżeniu objawia się miłość, która nie szuka siebie, ale oddaje się do końca. Kulminacją tej drogi jest krzyż. Tam Chrystus umiera nagi, ogołocony z wszystkiego, nawet z szaty, która stanowiła ostatni znak Jego ziemskiej godności. Staje przed światem w całkowitej bezbronności, oddając Ojcu nie tylko swoją duszę, ale i całe swoje człowieczeństwo. Jego nagość na krzyżu jest objawieniem pełni miłości, która nie zatrzymuje niczego dla siebie. Aby iść za Chrystusem, trzeba pozostawić to, co daje złudne poczucie bezpieczeństwa, nasze „szaty”, którymi osłaniamy lęki i przywiązania, by stanąć przed Panem takim, jakim się jest: nagim, ale gotowym przyjąć nową szatę dziecka Bożego.
[7] Greckie słowo użyte w tym wersecie – sesōken se – tłumaczone jako „uzdrowiła cię”, może też oznaczać: „uratowała cię”, „zbawiła cię”, „przywróciła ci życie w pełni”. To nie tylko cud fizyczny. To nowe stworzenie. Bartymeusz staje się kimś wolnym, zdolnym do miłości, gotowym na pójście drogą Mistrza.
