marzec

Jan Chrzciciel – prorok pustyni i przyjaciel Oblubieńca

Jan Chrzciciel to jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci Nowego Testamentu. Na kartach Ewangelii jawi się jako prorok, którego misja nie jest skupiona na nim samym, lecz w całości odnosi się do Chrystusa. Nie tylko zwiastuje nadejście Mesjasza, ale czyni to jako „przyjaciel Oblubieńca”, który w pokorze usuwa się w cień, aby On mógł wzrastać. Całe jego życie jest jednym wielkim świadectwem ukierunkowanym na Tego, który ma przyjść. Z niezwykłą gorliwością i wewnętrzną wolnością przygotowuje serca ludzi na spotkanie z Panem. Jego odwaga, surowy styl życia oraz bezkompromisowe głoszenie prawdy sprawiają, że pozostaje dla wierzących niewyczerpanym źródłem inspiracji.

Jan stanowi pomost między Starym a Nowym Testamentem, między proroctwem a jego wypełnieniem w osobie Jezusa Chrystusa[1]. Jest ostatnim prorokiem Starego Przymierza, a zarazem pierwszym, który wskazuje na „Baranka Bożego, który gładzi grzech świata”. Jan jest niczym pieczęć potwierdzająca nieprzerwaną ciągłość Bożego objawienia. Jego misja nie ogranicza się do zwrócenia się ku przeszłości, lecz otwiera perspektywę przyszłości ku pełni objawienia w Chrystusie. Jan jest jednocześnie świadkiem Prawa i Proroków oraz heroldem nowego Przymierza. Cały Nowy Testament podkreśla jego wyjątkową rolę jako tego, który nie tylko zwiastuje przyjście Mesjasza, ale również przygotowuje dla Niego drogę w sercach ludzi.

Narodziny i powołanie

Jan Chrzciciel przychodzi na świat w niezwykłych okolicznościach. Jego rodzice, kapłan Zachariasz i Elżbieta, byli ludźmi sprawiedliwymi, lecz przez lata pozostawali bezdzietni. W świątyni, podczas składania ofiary kadzidlanej, Zachariaszowi ukazał się anioł Gabriel i oznajmił, że Elżbieta urodzi syna, który będzie wielki w oczach Pana. Już w łonie matki zostanie napełniony Duchem Świętym, a jego narodzenie stanie się znakiem Bożego działania (Łk 1,15).

Historia jego narodzin splata się z tajemniczym milczeniem Zachariasza. W tamtym społeczeństwie było to wydarzenie prawdziwie przełomowe: kapłan, autorytet religijny, zostaje zmuszony do milczenia, podczas gdy kobieta, zazwyczaj pozostająca na marginesie życia publicznego, wypowiada słowo w swoim imieniu i w imieniu męża. To milczenie i ten głos nie są jedynie epizodem narracyjnym, lecz objawiają głęboką teologię działania Boga w historii zbawienia. Zachariasz uosabia człowieka Starego Przymierza, który choć sprawiedliwy, nie potrafi od razu otworzyć się na nowość Bożego działania. Jego milczenie nie jest karą w ludzkim sensie, lecz pedagogią Bożą, prowadzącą go ku głębszemu zawierzeniu.

Elżbieta natomiast, w hierarchii społecznej mniej znacząca, otrzymuje dar mówienia w Duchu Świętym. To ona, podobnie jak Maryja, staje się głosem nowego czasu łaski. W jej ustach imię „Jan” (co znaczy „Bóg jest łaskawy”) nie jest jedynie wyborem rodzinnym, lecz wyznaniem wiary i aktem posłuszeństwa wobec Boga, który wszystko czyni nowym. Stary człowiek zostaje uciszony, aby nowy mógł wyśpiewać chwałę Nowego Przymierza. Tak jak Zachariasz dopiero po okresie milczenia mógł wznieść hymn uwielbienia, tak i my jesteśmy wezwani do ciszy serca, by usłyszeć i głosić wielkie dzieła Pana.

Scena nadania imienia Janowi jest pełna symboliki i ukrytych znaczeń. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to po prostu formalność – rodzice wybierają imię dla dziecka. Jednak, jeśli przyjrzymy się głębiej, zobaczymy w tych słowach potężne przesłanie teologiczne i duchowe. W oryginale greckim tekst brzmi: (Iōánnēs estin ónoma autoû), czyli dosłownie: „Jan jest jego imię” (Łk 1,63). Nie pada tu typowa konstrukcja używana przy nadawaniu imion, jak np. „nazwiemy go Janem” czy „otrzyma imię Jan”. Nie jest to czynność nadawania imienia, ale stwierdzenie faktu: on już ma to imię. To oznacza, że imię Jana nie pochodzi od ludzi, ale od Boga. Nie jest to ludzka decyzja, ale objawiona rzeczywistość. Zachariasz, pisząc te słowa, nie tyle nadaje imię, co uznaje Boży wybór. Jest to akt wiary i posłuszeństwa wobec tego, co już zostało ustalone w Bożym planie. Jan Chrzciciel jest żywym znakiem Bożej łaski. Jego narodziny są cudem, znakiem miłosierdzia dla Elżbiety i Zachariasza. Jego misja przygotowuje ludzi na przyjęcie największej łaski – Chrystusa. Jego chrzest jest zaproszeniem do nawrócenia, które otwiera drzwi do Bożej łaski. Mówiąc „Jan jest jego imię”, Zachariasz potwierdza, że jego syn nie należy do niego, ale do Boga i do misji, którą Bóg mu wyznaczył.

Jan Chrzciciel określa siebie jako „głos wołającego na pustyni” (Iz 40,3; Mt 3,3). Jego życie w surowej ascezie, odzienie z sierści wielbłądziej, pokarm z szarańczy i miodu leśnego (Mt 3,4) nawiązywały do prorockiej tradycji, szczególnie do postaci Eliasza. Jego radykalne nauczanie i odważne upominanie grzeszników były wezwaniem do nawrócenia i znakiem duchowej odnowy Izraela. Nie wahał się stawić czoła Herodowi, przypominając mu o Bożym prawie, co ostatecznie przypieczętowało jego męczeńską śmierć.

Życie Jana było przeniknięte duchem wyrzeczenia, które nie było jedynie zewnętrzną ascezą, lecz wewnętrznym przygotowaniem serca na pełne oddanie się woli Bożej. Pustynia nie była dla niego miejscem ucieczki, lecz przestrzenią oczyszczenia i słuchania, szkołą rozeznawania prawdziwego głosu Stwórcy pośród wielości głosów świata. Jego ubogi strój i prosty pokarm nie były jedynie znakiem pokuty, lecz świadectwem całkowitego zawierzenia Bogu. Jan nie żył dla siebie, od poczęcia w łonie matki jego misja była jasna: przygotować drogę Panu.

Dlatego też Jan jest największym spośród proroków (por. Mt 11,11), a zarazem najpokorniejszym. Nie szukał własnej chwały, nie przyciągał ludzi do siebie, lecz wskazywał na Chrystusa. Jego słowa: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30), wyrażają istotę prawdziwego ucznia: życie nie jest po to, by się samorealizować, lecz by dać się pochłonąć większej rzeczywistości – miłości Boga, objawionej w Jezusie Chrystusie. W ten sposób Jan nie tylko pozostaje „głosem wołającym na pustyni”, lecz także staje się świadkiem prawdy, która nigdy nie przemija: tylko ten, kto zapomni o sobie i całkowicie odda się misji Bożej, osiągnie prawdziwą wielkość w oczach Najwyższego.

Głoszenie nawrócenia i udzielanie chrztu

Życie Jana Chrzciciela wpisane jest w historię Tego, którego miał zapowiadać – Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. Jego misja, choć przez chwilę przykuwa uwagę świata, od początku naznaczona jest duchem uniżenia i całkowitego oddania się w służbie Bożemu zamysłowi. Jan przychodzi jako głos wołającego na pustyni, by wskazać na Chrystusa, Baranka Bożego. Gdy Ten nadejdzie, Jan usuwa się w cień a jego posłannictwo zostaje dopełnione.

W jego słowach rozbrzmiewa świadomość mesjańskiej godności Jezusa: „Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie” (Mt 3,11). Jako pokorny zwiastun Bożych tajemnic daje świadectwo: „Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: «Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym». Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym” (J 1,33-34).

Jan nie tylko wskazuje na Chrystusa jako Odkupiciela, lecz także jako Sędziego: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29), a zarazem „Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym” (Łk 3,17). Oczekiwany Mesjasz objawia się jako miłosierny Zbawiciel, który bierze na siebie grzechy ludzkości, ale także jako sprawiedliwy Sędzia, który oddzieli pszenicę od plew.

Misja Jana w całości koncentruje się na przygotowaniu drogi Panu. Wszystko zostaje Jemu poddane: uczniowie, nauczanie, rozgłos i osobiste pragnienia – aż po dar własnego życia. Majestat Chrystusa, którego przyjście Jan ma przygotować, nie tylko go porusza, lecz ogarnia i pochłania do głębi. W tej całkowitej utracie siebie dla Mesjasza Jan paradoksalnie odnajduje swoją tożsamość i staje się w pełni sobą. Jest bowiem przyjacielem Oblubieńca, który cieszy się Jego głosem (por. J 3,29), w pokorze spełniając swoje zadanie, odnajduje pełnię radości.

„Relację Jana z Jezusem cechuje głęboka pokora. W czasach Jezusa niewolnicy nosili sandały swego pana. Jan nie czuje się godny być nawet jednym z nich: «ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów» (Mt 3,11). Gdy Jezus przychodzi nad Jordan i prosi go o chrzest, wzbrania się: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» (Mt 3,14). Jezus jednak przekonuje go cierpliwie: «Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe» (Mt 3,15). Wówczas Jan porzuca własną ludzką logikę i chrzci Jezusa. Ma świadomość, że przekracza to jego kategorie myślenia, jednak powinien czynić wszystko, co On chce. Zaczyna pojmować, że ważniejsze jest posłuszeństwo Bogu niż własna wizja oddawania Mu chwały. Jan nie jest zazdrosny nawet o swoich uczniów. Gdy wskaże im Jezusa jako Baranka Bożego, wielu z nich opuści go, by towarzyszyć odtąd nowemu nauczycielowi. Jan akceptuje ich wybór, nie zatrzymuje ich przy sobie, cieszy się, że odnajdują właściwą drogę. On wie, kiedy pojawić się na scenie, ale wie również, kiedy należy w pokorze z niej zejść. Uczniowie, którzy pozostali przy Janie nie rozumieli jego decyzji. Z pewną dozą zazdrości skarżyli mu się, widząc jak topnieje jego grono, a powiększa się liczba uczniów Jezusa: «Nauczycielu, oto Ten, który był z tobą po drugiej stronie Jordanu i o którym ty wydałeś świadectwo, teraz udziela chrztu i wszyscy idą do Niego» (J 3,26). Odpowiedź, jakiej udzielił Jan, jest przepiękna w swej prostocie; przebija z niej pokora i miłość do Jezusa: «Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba. Wy sami jesteście mi świadkami, że powiedziałem: Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany. Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał» (J 3,27-30). Jezus jest Oblubieńcem. Oblubienicą jest naród izraelski, Kościół, a ostatecznie cała ludzkość. Jan z kolei jest przyjacielem Oblubieńca. Jego zadaniem jest przyprowadzić oblubienicę do Oblubieńca. Gdy więc lud opuszcza Jana i garnie się do Jezusa, w jego sercu rodzi się radość. Cieszy się, że on sam przestaje się liczyć, a Oblubieniec może wzrastać” (S. Biel).

Chrzest, którego udzielał nad Jordanem, nie był jeszcze sakramentem, lecz znakiem nawrócenia. Jan wzywał do pokuty, do przemiany serca, do porzucenia złudnego bezpieczeństwa fałszywej pobożności. Nie bał się mówić prawdy, nawet jeśli prowadziło to do konfliktu z możnymi tego świata. Najważniejszym wydarzeniem dla Jana było spotkanie z Jezusem. Widział Go nadchodzącego i rozpoznał: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). W tym wyznaniu zawiera się cała misja Jana – wskazać na Chrystusa, oddać Mu miejsce, usunąć się, by On wzrastał.

„Ludzie dawali się Janowi zanurzyć w wodach Jordanu, «wyznając swoje grzechy». To efekt spotkania z prorokiem. Jan jest dla ludzi zaskoczeniem, bo od powrotu z wygnania babilońskiego w 538 roku przed Chrystusem praktycznie zakończył się w Izraelu okres proroków. Rozpoznają w nim głos samego Boga. Prorok posiada zdolność uczynienia Boga słyszalnym, ponieważ sam doświadcza zstąpienia słowa Bożego w głąb jego własnej świadomości. Kiedy świat jest uśpiony i spokojny, na proroka spada grom z nieba. Mówi on zazwyczaj ludziom nie to, co pragną usłyszeć, ale to, co powinni zrobić: «Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie». Prorocy nie proponują nam rozmyślania na tematy ogólne. Ich słowa są gwałtownym atakiem, który torpeduje złudzenia fałszywego bezpieczeństwa, obnaża uniki, do których przywykliśmy, podważa naszą porządność i bezstronność: «Kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie godny owoc nawrócenia». Prorokowanie jest odsłoną Boskiego spojrzenia na sytuację człowieka, jest oglądem ludzkiej egzystencji z perspektywy Boga. Stanowi zarówno sposób myślenia, jak i sposób życia. Jan Chrzciciel okrywał się sierścią wielbłąda – miał kontakt z chropowatością ludzkiego życia; i był przepasany pasem skórzanym – był gotowy na Boże działanie; karmił się szarańczą i miodem leśnym – łączył w sobie świadomość ludzkiej nędzy i Bożego pocieszenia. Proroka można zlekceważyć, ale tylko za cenę własnej rozpaczy. Jest wielkim szczęściem natknąć się w życiu na prawdziwego proroka. W słowach Jana Chrzciciela pobrzmiewała surowość, gorycz i walka, lecz zza tej bariery ogniowej wyłaniała się miłość Tego, który jest mocniejszy od Jana, a którego prorok jedynie zapowiada” (R. Skrzypczak).

Jan Chrzciciel nie przemawia we własnym imieniu, lecz w imieniu Boga. Jest głosem, który rozbrzmiewa na pustyni, zapowiadając przyjście Słowa Wcielonego. Jego tożsamość jako proroka nie polega na szukaniu własnej chwały, lecz na całkowitym oddaniu się misji, którą otrzymał. Jego posłannictwo jest wyrazem głębokiego posłuszeństwa – nie jest on światłością, lecz świadkiem Światłości (por. J 1,8). Życie Jana ukazuje nam fundamentalną prawdę chrześcijańskiego powołania: nie zatrzymywać innych na sobie, ale być drogowskazem prowadzącym do Chrystusa.

Jan Chrzciciel, działając na styku proroctwa i mesjańskiego oczekiwania, staje się tym, który wskazuje na „Baranka Bożego”, a przez chrzest nad Jordanem wprowadza Jezusa w nurt historii zbawienia. W ten sposób Jezus nie pojawia się jako postać anonimowa, oderwana od kontekstu historycznego, ale jako ktoś, kto przejmuje i dopełnia misję poprzedzających go proroków, realizując mesjańskie obietnice w sposób, który zarówno kontynuuje tradycję, jak i ją przekracza. Jan działa więc jak korzeń w drzewie genealogicznym Izraela – łączy przeszłość z przyszłością, proroków z Mesjaszem, zapowiedź z jej wypełnieniem. Jezus, choć wnosi nowość i przełom, pozostaje zakorzeniony w glebie tradycji, a jego misja wyrasta z fundamentów, które Jan umacnia, będąc głosem wołającym na pustyni, który przygotowuje drogę Panu.

Przyjaciel Oblubieńca

Sam Jan określa się mianem „przyjaciela Oblubieńca” (J 3,29). W tradycji żydowskiej przyjaciel oblubieńca miał szczególną rolę – to on przygotowywał narzeczoną, czuwał nad czystością i wiernością zaślubin. Taką właśnie misję spełnia Jan wobec Izraela, prowadząc lud Boży do spotkania z Mesjaszem. Jednak jego radość nie polega na zajęciu centralnego miejsca w tej historii, lecz na tym, że Oblubieniec wreszcie przychodzi. Gdy Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność, Jan z pokorą wyznaje: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30). To stwierdzenie streszcza całą duchowość Jana opartą na służbie, uniżeniu i całkowitym oddaniu się planowi Bożemu.

Jan Chrzciciel, mówiąc o sobie w odniesieniu do Jezusa, używa ciekawego obrazu sandała: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schylić się i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów” (Mk 1,7). Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że chodzi jedynie o wyrażenie pokory, ale znaczenie tego gestu jest znacznie głębsze i ma swoje korzenie w tradycji biblijnej. W Starym Testamencie sandał był związany z prawem lewiratu. Jeśli mężczyzna umierał bezpotomnie, jego brat miał obowiązek poślubić wdowę, by zapewnić potomstwo dla zmarłego. Jeśli nie chciał tego zrobić, odbywał się rytuał „odrzucenia lewiratu”. Wówczas wdowa zdejmowała mu sandał i pluła w twarz, oznajmiając, że nie chce on wypełnić swojej roli męża (Pwt 25,7-10). Jezus jest Oblubieńcem Izraela, a Jan odgrywa rolę „przyjaciela Oblubieńca”. Gdy mówi, że nie jest godzien rozwiązać rzemyka Jego sandała, to jakby oznajmiał: „Nie jestem tym, który ma prawo poślubić Oblubienicę – Kościół. To Jezus jest jedynym prawdziwym Oblubieńcem”. W czasach biblijnych sandał był też symbolem prawa do ziemi lub majątku. W Księdze Rut Booz przejmuje prawo do Rut i jej dziedzictwa przez symboliczne zdjęcie sandała (Rt 4,7-10). Jan, nawiązując do tego obrazu, daje do zrozumienia: „Nie jestem właścicielem ani dziedzicem tej Oblubienicy – należy ona do Chrystusa”. To potwierdza jego rolę jako tego, który przygotowuje drogę, ale nie rości sobie praw do dzieła zbawienia. W tradycji żydowskiej rozwiązanie rzemyka sandała było zadaniem najniższego sługi. Jan, mówiąc, że nie jest godzien nawet tego uczynić wobec Jezusa, podkreśla ogromną różnicę między sobą a Mesjaszem. To radykalna postawa pokory – skoro Jan jest wielkim prorokiem, a czuje się niegodny nawet roli niewolnika wobec Chrystusa, to jak wielki jest sam Jezus!

W postaci Jana Chrzciciela objawia się tajemnica prawdziwego powołania człowieka wierzącego: jego misja nie polega na skupianiu uwagi na sobie, lecz na wskazywaniu drogi ku Chrystusowi. Święty Augustyn podkreśla, że „Jan był głosem, a Chrystus jest Słowem. Głos przemija, aby Słowo mogło pozostać”. Oznacza to, że wszelkie ludzkie działanie, które nie prowadzi do Chrystusa pozostaje daremne. Człowiek staje się w pełni sobą dopiero wtedy, gdy odsuwa się od własnej chwały i pozwala, aby przez niego jaśniała chwała Boża. Grzegorz Wielki, interpretując misję Jana, porównuje go do „lampy, która płonie, ale sama nie jest światłem”. Jan jest głosem, który woła na pustyni, ale jego słowa mają jedynie przygotować serca ludzi na przyjście Słowa Wcielonego. Bernard z Clairvaux zauważa, że duchowa wielkość Jana polega na jego pokorze: „Jan nie chce zatrzymać dla siebie serc uczniów, ale natychmiast prowadzi ich do Oblubieńca”. To z kolei prowadzi nas do głębszej refleksji nad tym, w jaki sposób my sami mamy być drogowskazami do Boga, a nie przeszkodami, które zatrzymują innych na sobie.

Współczesna psychologia podkreśla, że człowiek naturalnie pragnie uznania i bycia dostrzeżonym. Teorie samorealizacji (Maslow) czy potrzeby afiliacji (Baumeister, Leary) wskazują, że ludzie mają silne pragnienie bycia ważnymi w oczach innych. Jednak duchowość chrześcijańska ukazuje inny rodzaj ludzkiego spełnienia – nie przez budowanie własnego ego, lecz przez bezinteresowny dar z siebie samego. Carl Jung mówił o procesie indywiduacji, czyli dojrzewania osobowości, które nie polega na rozbudowie „ja”, lecz na integracji go z czymś większym. W języku chrześcijańskim oznacza to, że człowiek odnajduje siebie dopiero w Chrystusie, tak jak Jan Chrzciciel, który „umniejszając się”, osiąga pełnię człowieczeństwa i zaufania Bogu. Viktor Frankl w swojej logoterapii podkreślał, że człowiek jest najbardziej spełniony, gdy przekracza siebie dla wartości większej niż on sam. To właśnie uczynił Jan: jego życie miało sens, ponieważ nie było skoncentrowane na nim samym, lecz na misji, którą otrzymał od Boga.

Jan nie tylko wskazuje na Jezusa, ale także pieczętuje swoje świadectwo najwyższą ceną – oddaniem życia. Jego męczeństwo jest konsekwencją jego wierności prawdzie. Nie boi się napominać, nie lęka się sprzeciwu, ponieważ jego oczy są utkwione w Tym, który jest prawdą i życiem. W postawie Jana odnajdujemy istotę chrześcijańskiego świadectwa: głosić Chrystusa bez lęku, nawet za cenę własnego życia. W ten sposób staje się on nie tylko przyjacielem Oblubieńca, ale również wzorem dla każdego, kto pragnie naśladować Chrystusa.

„Jan Chrzciciel z niezwykłą konsekwencją podkreślał, iż prawdziwe zbawienie przychodzi jedynie w osobie Jezusa Chrystusa. Wszystko, co człowiek może uczynić ze swej strony – wysiłek doskonalenia życia, pokuta, post itd. – ma swoją wartość i znaczenie, ale zawsze i tylko jako podprowadzenie do spotkania z Chrystusem. Jan czuł wyraźnie, że dopóki Jezus nie przyjdzie, wszystko, co człowiek uczyni, by się zbawić, pozostanie nieskuteczne. To samo jednak dotyczy nas, którzy żyjemy już po przyjściu Jezusa: nie mogą nas zbawić nasze uczynki, jeśli nie będziemy połączeni żywą więzią z Jezusem Chrystusem. Nie zbawi nas odmawianie pacierzy, jeśli nie będziemy z Nim rozmawiać. Nie zbawi nas chodzenie do kościoła, jeśli nie będziemy się z Nim spotykać. Nie zbawi nas spowiadanie się co miesiąc, jeśli nie będzie w nas pragnienia Jego przebaczenia. Nie zbawi nas sponsorowanie organizacji charytatywnych, jeśli nie dostrzeżemy Jego oblicza w obliczach ubogich. Tylko Jezus zbawia. Postać Jana Chrzciciela nie przestaje nam o tym przypominać” (G. Strzelczyk).

Kościół w swojej misji odnajduje się w posłannictwie Jana Chrzciciela. Ma on być głosem przygotowującym drogę Panu, przyjacielem Oblubieńca, który nie szuka własnej chwały, lecz prowadzi wiernych do Chrystusa. Każdy chrześcijanin jest wezwany do takiej postawy, aby swoim życiem, słowem i świadectwem wskazywać na Jezusa. To właśnie w umniejszeniu siebie i całkowitym oddaniu Bogu człowiek odnajduje prawdziwą wielkość i pełnię radości.

Więzienie i śmierć męczeńska

Jan, który wcześniej ogłaszał, że Jezus jest Mesjaszem, zaczyna mieć wątpliwości, będąc w więzieniu. W Ewangelii św. Mateusza czytamy, że Jan wysłał swoich uczniów do Jezusa z pytaniem: „Czy Ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” (Mt 11,2-3). Jest to zadziwiające, biorąc pod uwagę, że Jan wcześniej rozpoznał w Jezusie Mesjasza. Co zatem mogło spowodować jego wątpliwości? Jednym z możliwych powodów była sytuacja, w jakiej się znalazł. Jan siedział w więzieniu, prawdopodobnie oczekując, że Mesjasz przyniesie zbawienie, nie tylko duchowe, ale i polityczne, wyzwalając Izrael spod władzy Rzymu. Jezus natomiast głosił miłość, pokój i nawrócenie, nie spełniając oczekiwań Jana co do roli Mesjasza jako Bożego wojownika. Wątpliwości Jana w celi więziennej przypominają, że nawet osoby głęboko wierzące i pełne oddania mogą zmagać się z chwilami kryzysu duchowego. Jan, mimo swojego wcześniejszego zaangażowania, w obliczu cierpienia zaczyna szukać pewności, co jest całkowicie ludzkie. Jezus w odpowiedzi na zapytanie Jana mówi: „Idźcie i powiedzcie Janowi, co słyszycie i widzicie: niewidomi odzyskują wzrok, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli powstają, a ubogim głosi się dobrą nowinę” (Mt 11,4-5). Jezus wyjaśnia, że to, co się dzieje, jest zgodne z proroctwami Starego Testamentu o Mesjaszu. W tym momencie Jan Chrzciciel staje się ikoną każdego człowieka wiary, który przechodzi przez okres ciemności. Nawet największy prorok może mieć chwile zwątpienia – ale właśnie wtedy Jezus przypomina mu, kim naprawdę jest.

„Dlaczego jednak Jan doświadczał takich wątpliwości? Nad pytaniem tym głowią się egzegeci. Odpowiedzi bywają różne. Być może Jan obawiał się o Jezusa; narażał się bowiem na nieczystość rytualną. Być może Jego nauczanie odbiegało znacznie od wyobrażeń i oczekiwań Jana. Nie jest też wykluczone, że wysłał uczniów do Jezusa ze względu na nich samych. Niektórzy bowiem dotąd nie odnaleźli drogi do Jezusa z Nazaretu. Jan pragnie, by z Jego własnych ust usłyszeli, że jest Mesjaszem. Chce, by wszyscy jego uczniowie poszli za Jezusem, oddali się Jemu. Wie, że jako przyjaciel Oblubieńca wypełni do końca swoją misję, gdy przyprowadzi do Jezusa wszystkich swoich uczniów, nawet najbardziej wątpiących i opornych. Być może jednak przyczyna jest bardziej prozaiczna. W zewnętrznej nocy więzienia Jana ogarnął mrok wewnętrzny. Wprawdzie widział Ducha Świętego zstępującego na Jezusa i słyszał głos Boga potwierdzający Jego misję, jednak w obliczu śmierci zaczęły go dręczyć pytania, czy rzeczywiście jest Bogiem. Wątpliwości człowieka, który całkowicie oddał się Jezusowi świadczą, że każdy człowiek, nawet stojący najbliżej Boga, nie jest wolny od pokus. Każdy jest narażony na pokusy podważające sens jego trudu, zaangażowania, wiary” (S. Biel). Najlepszym sposobem radzenia sobie z pokusami jest postawa Jana – pójść z wątpliwościami do Jezusa, a więc modlitwa, medytacja, rachunek sumienia, adoracja oraz wierność powołaniu.

Męczeńska śmierć Jana to dramatyczna historia proroka, który staje w obronie Bożej prawdy na temat małżeństwa i rodziny. Jan nie bał się upomnieć Heroda Antypasa za jego grzeszny związek z Herodiadą, żoną swego brata. To sprowadziło na niego gniew Herodiady, która dążyła do jego zguby. Podstępem doprowadziła do sytuacji, w której Herod, zobowiązany pochopnym przyrzeczeniem wobec swej pasierbicy Salome, rozkazał ściąć Jana.

Herodiada wydaje się reprezentować matkę o stylu przywiązania kontrolującym i manipulacyjnym. Wykorzystuje Salome do realizacji własnych celów politycznych i osobistych. Może to wskazywać na wzorzec wychowania, w którym dziecko nie jest traktowane jako autonomiczna jednostka, lecz jako narzędzie do osiągnięcia zamierzonych korzyści.

Salome, wychowana w cieniu silnej i dominującej matki, prawdopodobnie nie miała przestrzeni do rozwijania własnej tożsamości. Jej potrzeba aprobaty i uznania mogła być uzależniona od spełniania oczekiwań Herodiady, co sprawiało, że była podatna na wpływy matki. W psychologii mówi się o tzw. przywiązaniu lękowo-ambiwalentnym, w którym dziecko pragnie bliskości, ale jednocześnie nie jest pewne, czy jego potrzeby emocjonalne zostaną spełnione. Salome została niejako „uprzedmiotowiona” – jej uroda i talent taneczny nie były cenione same w sobie, lecz stały się narzędziem w grze politycznej matki. Można tu mówić o parentyfikacji emocjonalnej, czyli sytuacji, w której dziecko przejmuje rolę opiekuna lub wykonawcy zadań dorosłego. W tym przypadku Salome pełniła rolę osoby spełniającej pragnienia matki, a nie budującej własne życie i powołanie. Zdrowa relacja matka-córka opiera się na wzajemnym szacunku i wyznaczaniu granic. W przypadku Herodiady i Salome granice te zostały całkowicie zatarte – matka wykorzystuje swoją córkę do działań o ogromnym ładunku emocjonalnym i moralnym (śmierć Jana Chrzciciela). Można to porównać do zjawiska emocjonalnej symbiozy, gdzie dziecko nie ma możliwości odrębnego rozwoju. Osoba wychowywana w takim układzie może w dorosłości przejawiać trudności w nawiązywaniu relacji, niską samoocenę lub skłonność do dalszego poddawania się wpływom silniejszych osobowości. Relacja Herodiady z Salome to przykład toksycznej zależności, w której matka nie pozwala córce na autonomię, traktując ją jako narzędzie do osiągnięcia własnych celów.

Jan Chrzciciel „nie przemilczał prawdy i umarł za Chrystusa, który jest Prawdą. Właśnie z miłości do prawdy nie poszedł na kompromis i nie lękał się upominać w ostrych słowach tych, którzy zagubili Bożą drogę. Patrzymy na tę postać, tę gorącą pasję, która opiera się możnym. Pytamy: skąd bierze się to życie, ta wielka siła wewnętrzna, tak prawa, tak konsekwentna, tak całkowicie oddana Bogu i przygotowaniu drogi Jezusowi? Odpowiedź jest prosta: z więzi z Bogiem, z modlitwy, która jest nicią przewodnią całej jego egzystencji. Jan jest darem Bożym, o który długo prosili jego rodzice, Zachariasz i Elżbieta (por. Łk 1,13); wielkim darem, na który po ludzku nie mogli mieć nadziei, ponieważ oboje byli w podeszłym wieku, a Elżbieta była bezpłodna […]. Całe życie Poprzednika Jezusa ożywia więź z Bogiem, w szczególności okres spędzony na pustkowiu (por. Łk 1,80); pustkowie jest miejscem kuszenia, ale też miejscem, gdzie człowiek odczuwa swoje ubóstwo, bo jest pozbawiony oparcia i bezpieczeństwa materialnego, i rozumie, że jedynym trwałym punktem odniesienia jest sam Bóg […]. Życie chrześcijańskie wymaga – powiedzmy – «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Może to nastąpić w naszym życiu tylko wtedy, kiedy więź z Bogiem jest mocna. Modlitwa nie jest czasem straconym, nie jest odbieraniem czasu działaniu, nawet apostolskiemu, a wręcz przeciwnie: tylko wtedy, gdy potrafimy pielęgnować życie modlitwy wiernej, stałej i ufnej, Bóg da nam zdolności i siłę, by żyć w sposób szczęśliwy i pogodny, pokonywać trudności i z odwagą dawać Mu świadectwo” (Benedykt XVI).

Męczeństwo Jana Chrzciciela nie było daremne. Jego śmiałość w obronie prawdy pozostaje przykładem dla nas wszystkich. Współczesny świat często unika konfrontacji z grzechem i relatywizuje prawdę, ale my, jako uczniowie Chrystusa, jesteśmy wezwani do tego, by głosić ją bez lęku. Jan Chrzciciel pokazuje nam, że wierność Bogu może kosztować, ale w tym trudzie odnajdujemy autentyczne świadectwo wiary. Jego śmierć jest wołaniem o odwagę i niezłomność w wierze. To wezwanie, by nie milczeć wobec niesprawiedliwości i grzechu, nawet gdyby miało to oznaczać ofiarę z własnego życia. Radykalizm Jana przypomina, że życie duchowe jest ciągłą walką i zmaganiem. „Dworów Heroda nie brakuje ani pięknie tańczących Salome. Pokusa dołączenia to tego dworu jest silna. Ale prawda jest po stronie Jana” (T. Jaklewicz).

Śmierć Jana Chrzciciela jawi się jako wzniosły znak tajemnicy chrześcijańskiego powołania. W godzinie swego odejścia osiągnął on pełnię wyniszczenia siebie – jego misja dopełniła się w oddaniu życia za prawdę. Skazany na śmierć ze względu na swoje prorockie posłannictwo, został zdobyty przez Chrystusa i włączony w Jego dzieło odkupienia. Całe życie Jana było drogą nieustannego wyniszczenia w służbie Mesjaszowi – stopniowym umieraniem dla siebie, aby całkowicie należeć do Tego, którego zapowiadał. Jego męczeńska śmierć stała się ostatecznym spełnieniem tej drogi: ziarnem, które obumiera, by wydać owoc – w tym przypadku owocem było całkowite zjednoczenie z Chrystusem i ostateczne skierowanie jego ostatnich uczniów ku Zbawicielowi.

Jak żyć postawą Jana Chrzciciela?

  1. Nie skupiać się na sobie, lecz na Chrystusie. Bardzo łatwo jest zatrzymać się na własnych sukcesach, umiejętnościach, roli w Kościele czy rodzinie. Jednak prawdziwa misja to wskazywanie na Zbawiciela, a nie na siebie.
  2. Przekierowywać uwagę innych na Chrystusa. W relacjach rodzinnych, zawodowych, duszpasterskich warto zadawać sobie pytanie: czy przyciągam innych do siebie, czy do Boga?
  3. Przyjąć logikę uniżenia. Świat kusi nas, że mamy budować swoją wielkość, dbać o wizerunek, zabiegać o uznanie. Jan Chrzciciel uczy czegoś odwrotnego: prawdziwa wielkość człowieka rodzi się z pokory.
  4. Być autentycznym świadkiem wiary. Ludzie nie potrzebują wielkich słów ani imponujących czynów. Potrzebują autentyczności – prostego, ale głębokiego życia w prawdzie i miłości.

Z jednej strony Jan Chrzciciel był „głosem wołającym na pustyni”, który prostował ścieżki dla Pana (Mt 3,3). Przygotował lud na przyjście Mesjasza poprzez wezwanie do nawrócenia i chrzest pokuty. Można powiedzieć, że torował drogę, oczyszczając serca tych, którzy mieli spotkać Chrystusa. Z drugiej jednak strony tajemnica Wcielenia pokazuje, że to Bóg sam wchodzi w nasze życie, naznaczone cierpieniem, zagubieniem, lękiem i grzechem. Chrystus nie przyszedł na utorowaną, gładką drogę, lecz zanurzył się w rzeczywistość świata takim, jakim on jest. Nie omijał wątpliwości, cierpienia ani ludzkiej słabości – przeciwnie, wszedł w jej środek, aby ją przemienić. Jan był głosem przygotowującym drogę, ale ostatecznie to Chrystus jako Dobry Pasterz wszedł na nasze pogmatwane ścieżki, by odnaleźć zagubioną owcę i sam stać się dla nas drogą do Ojca.

Postać św. Jana Chrzciciela jest dla nas inspiracją do życia w prawdzie, pokorze i odwadze. Jako prorok uczy nas słuchać i głosić słowo Boże. Jako przyjaciel Oblubieńca pokazuje, że nasze życie powinno prowadzić innych do Chrystusa. Jako męczennik przypomina, że wierność Ewangelii może wymagać od nas ofiary, ale jest to droga do prawdziwego życia.

Pytania do osobistej refleksji:

Jakie cechy Jana Chrzciciela jako proroka mogę naśladować w swoim życiu? Czy mam odwagę głosić prawdę, nawet jeśli jest to trudne i niewygodne? Czy potrafię rozpoznawać Boże działanie w codzienności tak, jak Jan rozpoznał Jezusa? Czy moje życie wskazuje innym na Chrystusa, jak czynił to Jan? W jaki sposób mogę lepiej przygotowywać drogę Panu w moim sercu i otoczeniu? Czy potrafię cieszyć się z tego, że Jezus wzrasta, a ja mam się umniejszać? Co w moim życiu wymaga większej wierności Bogu, nawet za cenę ofiary i poświęcenia? Czy jestem gotowy bronić prawdy i Bożych wartości, nawet gdy spotykam się z niezrozumieniem lub przeciwnościami? Jakie są moje „wewnętrzne Herodiady” – grzechy lub lęki, które próbują uciszyć Boży głos w moim sumieniu?

Modlitwa na zakończenie

Panie Jezu, dziękujemy Ci za przykład świętego Jana Chrzciciela, którego posłałeś, aby przygotował drogę Twojemu przyjściu. Był wiernym prorokiem, który z radością wskazywał na Ciebie i nie bał się głosić prawdy, oddając za nią życie. Prosimy Cię, Jezu, abyśmy mieli odwagę, jak Jan, świadczyć o Tobie w naszym codziennym życiu. Naucz nas umniejszać się, abyś Ty mógł w nas wzrastać. Pomóż nam przygotowywać nasze serca na Twoją obecność i wskazywać innym drogę do Ciebie. Duchu Święty, prowadź nas, abyśmy nie bali się głosić prawdy, nie zniechęcali się trudnościami i zawsze trwali w wierności Ewangelii. Święty Janie Chrzcicielu, wstawiaj się za nami, abyśmy byli odważnymi świadkami Chrystusa, aż do końca naszych dni. Amen.

 

 

[1] W osobie Jana Chrzciciela wypełniają się proroctwa Starego Testamentu: „Głos się rozlega: «Drogę dla Pana przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu»!” (Iz 40,3). „Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną” (Ml 3,1).